Przy schyłku jednego z dni upalnych, na szerokiéj ulicy, przerzynającéj N., ukazała się zielona bryczka, zaprzężona we trzy pstrokate konie. Na niéj siedziała otyła i czerwona jéjmość, w żółtéj muślinowéj sukni, francuzkim szalu i kapeluszu słomianym, pokrytym od pyłu białą muślinową chustą.

Po nierównym gruncie błotnistéj ulicy bryka trzęsła się i skakała, a z nią razem trzęsła się i skakała otyła jéjmość. Nagle wzrok jadącéj padł na wychodzącą z jednego z domów kobietę i wnet zawołała:

— Gawełek, zatrzymaj konie! — przyczém laską od deszczochronu energicznie stuknęła w plecy powożącego w szaréj świtce chłopaka.

Pstrokate konie stanęły, a jéjmość, wygramoliwszy się z bryki, odwróciła się do Gawełka i rzekła:

— Odprowadź szkapy do Szmujły i dobrze je nakarm, a tylko mi tam owsa nie przepij. Za godzinę zajedziesz pod dom pana doktora; już ja tam teraz piechotą pójdę.

Gawełek spojrzał z ukosa na wielce mu nienawistną laskę od deszczochronu i, mruknąwszy coś pod nosem, może przysięgę, że owsa nie przepije, zawrócił konie do karczmy, a jéjmość, z obu rękomi do uścisku wyciągniętemi, dążyła ku ujrzanéj kobiecie.

— Moje uszanowanie pani Wincentowéj!

— A toć, panie mój kochany, pani Janowa jak z nieba spadła!

Rozległy się okrzyki dwóch kobiet i dwie przyjaciółki, panie Rzepowa i Owsicka, poczęły się witać całusami, których odgłos rozchodził się po miasteczku, niby klaskanie z bata.

— Jak z nieba spadłaś, pani Janowo! — powtórzyła Owsicka — nie częstoż odwiedzasz nas, panie mój kochany!