— Konie gotowe! — ozwał się we drzwiach kamerdyner.

Cypryan żywo powstał.

— Do zobaczenia, Lucyanie! — rzekł — w tych dniach przyjadę do ciebie z Jod...

Nie dokończył wyrazu, bo wzrok jego padł na twarz Lucyana, tą razą zwróconą do okna. Pochwycił rękę przyjaciela i rzekł z niepokojem:

— Co tobie jest, Lucyanie, czyś ty chory?

— Od pewnego czasu jestem w istocie trochę chory, ale to mała rzecz...

— Ależ zmieniony jesteś dziwnie! Cóż to takiego?

— Choroba sercowa, o ile mi się zdaje.

— A więc może niezupełnie fizyczna? — żartobliwie rzekł Cypryan.

— O, najzupełniej! bądź tego pewny; przecież jestem doktorem — z gorączkową żywością odparł Lucyan.