Na ciemne, ale czyste niebo, zaczął wstępować księżyc w pełni; wiatr lekki rozwiewał w powietrzu woń rezedy. Wzrok księdza Stanisława wzniósł się w górę, a łagodne usta jego poruszyły się szeptem cichéj modlitwy.
Po-za nim otworzyły się zcicha drzwi pokoju i nieśmiały głos kobiecy ozwał się:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
— Na wieki, amen — odpowiedział ksiądz, i odwróciwszy się, poznał stojącą w zmroku matkę Lucyana.
Gdy zbliżył się do niéj, przycisnęła milcząc do ust rękę księdza, który poczuł spływające na nią łzy.
— Co pani jest? czego płaczesz? — spytał troskliwie, prowadząc ją do kanapy.
— Księże Stanisławie — ozwała się kobieta, tłumiąc płacz z wysileniem — czy widzisz, co się dzieje z moim Lucyanem?
— Zmieniony jest i chory, ale nie należy rozpaczać: ufaj pani w Bogu...
— O tak, księże proboszczu! — przerwała Dolewska — ufam w miłosierdzie tego Boga, w którego całe życie wierzyłam gorąco. I jakiż-by On był ojciec ludzkości, gdyby się nie zlitował nad biedném sercem matki!?
— Wyroki Boże są niezbadane: należy z pokorą pochylać czoło przed niemi...