Nagle, między zielenią jednego z gajów, zamigotało przed jéj oczyma coś białego i dał się słyszéć odgłos lekkich kroków. Rozchyliły się gałęzie zamykające wejście do cienistéj altany i na ścieżkę, obok któréj stała Klotylda, wyszła Magdzia.

Snać nie spodziewała się o tak rannéj porze kogokolwiek znaleźć w ogrodzie, bo ubrana była w ranny kaftanik z białego perkalu i wpółrozplecione włosy opadały jéj na szyję i ramiona.

— To ty, Magdziu, tak rano? — rzekła Klotylda i wnet dodała, biorąc za rękę dziewczynę: — Co to tobie jest? płakałaś?

W istocie, Magdzia miała oczy zaczerwienione od płaczu.

— Tak, trochę — odpowiedziała.

— Cóż ci jest? Czy masz zmartwienie? — nalegała Klotylda.

Magdzia wysunęła rękę z jéj dłoni i milcząc patrzyła w wodę; nagle podniosła głowę i, patrząc na panią Warską, spytała:

— Czy to prawda, pani, że ten pan, który zawczoraj przyjechał do Jodłowéj, jest twoim narzeczonym?

Uśmiechnęła się Klotylda.

— Tak, dziecię — odpowiedziała — to prawda; ale cóż to ma wspólnego z twemi zapłakanemi oczkami?