To mówiąc, zaczęła pieszczotliwie muskać rozpleciony warkocz dziewczyny. Ale Magdzia usunęła się z lekka z pod pieszczącéj ją dłoni i, patrząc znowu w wodę, mówiła:
— W istocie, panią dziwić to musi, że ja się pytam o to, bo i cóż to do mnie należy? Przebacz, pani, jeśli pytanie moje było zbyt śmiałe. Jam prosta wiejska dziewczyna, i przyzwyczaiłaś mnie zresztą do swéj dobroci. Ludzie od dwóch dni mówią wkoło mnie, żeś zaręczona z tym bogatym i miłym panem; ja dotąd wierzyć w to nie mogłam. Ale kiedy sama tak mówisz, toć musi być prawdą.
Gdy Magdzia to mówiła, Klotylda postrzegła w niéj wielką zmianę. Twarz młodziuchnéj dziewczyny straciła niedawny wyraz dziecięcéj prawie naiwności i nieświadoméj prostoty, i powlokła się dojrzałą myślą; sam głos jéj pełniejszy był, niż wprzódy, stanowczy. Klotylda patrzyła na nią ze zdziwieniem i miała coś mówić, gdy Magdzia ozwała się znowu:
— To wszystko, pani, nie ma żadnego związku ze mną. Tyś piękna, bogata, wolna; miałaś prawo wybrać tego, kogo chciałaś i pojedziesz z nim w świat daleki, szczęśliwa, a mnie zostanie na całe życie słodkie wspomnienie chwil, które pozwoliłaś mi z sobą przepędzić. Więc związku to wszystko nie ma ani ze mną, ani z mojemi łzami, ale...
— Ale cóż? — spytała Klotylda, biorąc rękę Magdzi.
Magdzia zwolna wysunęła znowu rękę z jéj dłoni i mówiła daléj:
— Ale ja, pani, dziwną mam naturę, mnie serce boli za innych... ja za innych cierpię... Pamiętam, że kiedym była małém dzieckiem, płakałam, patrząc na ubogich. Ojciec gniewał się za to i nazywał mię mazgajem; więc kryłam się ze smutkiem, jakiego doświadczałam na widok nieszczęśliwych, ale cierpiéć z nimi i nad nimi nie przestawałam. Jam, pani, dla siebie nigdy niczego bardzo nie pragnęła; całe szczęście moje, to szczęście tych, których kocham... tak mię Bóg już stworzył!...
— Więc czegóż teraz płaczesz?
Magdzia milczała chwilę, aż szybkim ruchem ujęła obie ręce Klotyldy i zaczęła mówić prędko, a z cicha:
— Pamiętasz pani, jak mówiłam ci kiedyś, że jest na świecie człowiek, którego kocham. Miłość ta powstała mi w sercu, nie wiem kiedy, nie wiem jak, ale z nią razem poczułam, że za niego oddała-bym życie i zarazem, że on mnie kochać nie może, tak jak nie może zstąpić ku mnie żadna z gwiazd niebieskich. Od téj pory spokój jego stał się moim spokojem, jego cierpienie — mojém cierpieniem. Przez czas długi widywałam go rzadko i tylko, słysząc od wszystkich wkoło, że zacny jest i rozumny, dziękowałam za to Bogu i aniołom stróżom, i modliłam się do nich, aby był szczęśliwy. Ale z tém wszystkiém czuję teraz, żem była wtedy jeszcze dzieckiem. Potém, zobaczywszy ciebie, pani, piękną, dobrą, rozumną, przeczułam, że on ciebie pokocha. I tak się stało; a ja, patrząc codziennie prawie na was oboje, zaczęłam wysnuwać z siebie całe światy, nieznane mi dotąd, zaczęłam cierpiéć tak, jak nigdy nie cierpiałam. Raz przeczytałam w jednéj z twoich książek wyrazy: „z dziecka stała się kobietą”. Myślałam nad niemi i poczułam, że przestałam być dzieckiem. Niekiedy, patrząc jak oboje chodziliście po alejach ogrodu, czułam taki ból serca, żem uciekała, abyś nie zobaczyła mnie wtedy, bom była bardzo zmieniona. I tak, jak oto nad nami świeci teraz słońce pogodne, tak prawdą jest, że wszystkie te myśli i cierpienia jedną nicią pociągały moje serce ku wam obojgu, a rano i wieczorem zmieniały się w modlitwę za was... za szczęście wasze... Patrząc na niego, przeczułam, pojęłam, jak bardzo cię kocha, i życie-bym moje oddała za to, abyś ty go kochała także... i... sądziłam... zdawało mi się, że tak było.