A powóz toczył się szybko ulicą i dojeżdżał do domu Grodzickiéj.
Nagle Cypryan zerwał się z siedzenia, gwałtownie pochwycił ramię furmana i krzyknął:
— Stój!...
Klotylda zwróciła spojrzenie ku gankowi Grodzickiéj, na który patrzył Cypryan, i z piersi jéj wydobył się głuchy jęk.
Dziwny widok uderzył ich oczy.
We drzwiach domu stał Dembowski, obu rękoma obejmując opartego na nim Lucyana. Oczy młodego człowieka były zamknięte, usta sine, trupia bladość twarz mu zalała.
— Co to jest? co to się stało? — zawołał Cypryan, w mgnieniu oka wyskakując z powozu.
— Zemdlał, czy co? mosanie tego — niespokojnie mówił Dembowski, podtrzymując opartą na jego piersi głowę Lucyana. — Tylko co rozmawiał ze mną.
— Ależ on jak bez życia! — zawołał Cypryan, dotykając ręki przyjaciela. — To nie jest zemdlenie, to cóś gorszego! Czy niéma w N. drugiego doktora?
— Księdza proboszcza! księdza proboszcza! — zawołało kilka osób, które, na widok zatrzymującego się powozu, w jednéj chwili pod gankiem zbiegły się dość tłumnie.