— Walerko, biegnij po księdza proboszcza! — rzekła do córki Grodzicka, — a potém zajdziesz do pani Dolewskiéj i powiész jéj, żeby tu przyszła, bo syn jéj zachorował.

— Jakże to było? jak się to stało? — pytał Cypryan, pomagając Dembowskiemu złożyć bezwładne ciało Lucyana na jednéj z ławek, stojących na ganku. — Każ pani przynieść wody — rzekł do Grodzickiéj — trzeba próbować trzeźwić go, nim proboszcz przyjdzie. Ale na miłość Boga, panie Dembowski, jakże to było?

— Ot jak było. Rozmawialiśmy z sobą najpiękniéj tu na ganku; prawda, że był mizerny, ale zdawało się, że nic tak strasznego. Raptem, jak państwo podjeżdżali pod ganek, kiedy ja spojrzę na niego, a on wpatrzył się w państwa tak dziwnemi oczyma, jakich ja, mosanie tego, w życiu mojém nie widziałem; schwycił się za serce, jęknął i upadł-by na ziemię, gdybym ja nie stał za nim i nie podtrzymał go, mosanie tego!

— A czy ksiądz proboszcz zna się cokolwiek na medycynie? — zapytał Cypryan.

— Oho! Podobnoć sam uczył się kiedyś na doktora, a póki pana Lucyana w N. nie było, leczył często a dobrze.

Lucyan leżał na ławce, martwy i piękny w nieruchomości swojéj. Długie rzęsy jego zamkniętych oczu rzucały cień na bladą twarz; usta bez krwi nie zamknęły się całkiem po ostatnim jęku; czoło przysłaniały rozrzucone czarne włosy. Jedna ręka jego leżała na piersi, druga zwisła ku ziemi.

Obok niego stali: Grodzicka ze szklanką wody w ręku, Cypryan z serdeczną troską na twarzy i Dembowski, tarmoszący niespokojnie swoje siwe wąsy.

Za jeden ze słupów gankowych napół ukryła się Klotylda i, jak skamieniała, stanęła z załamanemi i konwulsyjnie zaciśniętemi rękoma.

Wkoło ganku coraz więcéj zbierało się ludzi; pożałowania, westchnienia, pytania rozlegały się coraz gwarniejsze.

Po chwili od strony plebanii ujrzano idącego spiesznie księdza proboszcza. Tłum się rozstąpił i ksiądz, ze wzruszoną twarzą, stanął nad Lucyanem.