Cypryan oparł się o konsolę, patrzył w ziemię i milczał. Klotylda mówiła daléj:
— Pamiętasz pewno, że w dzień ów, w którym powiedziałeś mi po raz piérwszy, iż pragniesz, abym została twoją żoną, opowiedziałam ci całą przeszłość moję. Nie chciałam uwodzić cię, oszukiwać; nic nie zataiłam przed tobą. Dowiedziałeś się więc, żem przez lat kilka była igraszką wrażeń i sama czyniłam igraszkę z tego, co w głębi serca uważałam za świętość. Tyś wtedy ujął moję rękę w swoje gorące dłonie i powiedziałeś mi, że każdy człowiek ma w życiu swojém błędy i winy, lecz kiedy szlachetny jest i mądry, zmazać je może cnotami; że nakoniec, jeśli cię tylko kocham, przyjmujesz mię taką, jaką jestem. A mówiąc to, byłeś sam tak szlachetny, tak głęboką i prawdziwą miłość czytałam w twojéj twarzy, że serce mi uderzyło wzruszeniem silném, i przyrzekłam być twoją wyłącznie, twoją tylko i nigdy już niczyją więcéj. Pamiętasz pewno tę chwilę... nie prawdaż?
Cypryan milczał, nie zmieniając postawy, a Klotylda mówiła daléj:
— W owéj właśnie porze, gdym poznała ciebie, Cypryanie, znajdowałam się w stanowczéj epoce życia. Wszystko, co dobrego zostało we mnie, oburzało się przeciwko próżni mojéj exystencyi. Poczułam się strasznie samotną na świecie, pomimo otaczających mnie tłumów i hołdów, w których na dnie ujrzałam nędzę moralną. Ze strachem obejrzałam się wkoło siebie; sumienie pytało mnie: com uczyniła z moją przeszłością? a ja pytałam losu, co z moją przyszłością uczyni? Położyłam rękę na sercu i zdało mi się, że zostały w niém nietknięte jeszcze skarby słodyczy, włożone tam ręką mojéj świętéj matki, i zasób prawości, który na mnie z krwią spłynął ojcowską. Zapragnęłam podnieść się i udoskonalić przez miłość wyłączną i trwałą, zapragnęłam rodzinnego ciepła, rodzinnych radości i obowiązków. Wtedy właśnie tyś mi podał rękę... przyjęłam ją. I nie kłamałam, mówiąc, że cię kocham, bo sama sobie w głębi serca mówiłam to samo.
Umilkła na chwilę i zdawała się zbierać siły do dalszego mówienia; oddech jéj stawał się szybkim, gorączkowym, rumieniec zalewał stopniowo bladą wprzódy twarz.
— Potém — mówiła daléj — przyjechałam tu z myślą o tobie, sercem i pragnieniami czystsza i zacniejsza. Zobaczyłam jego... i poczułam odzywające się we mnie demony zgubnych uniesień. Walczyłam... nie chciałam uledz... O walkach moich i cierpieniach wié obraz święty, przed którym codzień płakałam łzami krwawemi, o siłę Boga błagając... I widziałam, że on mnie pokochał... i zamiast odsunąć od siebie, pociągałam go coraz bardziéj, własnemi rękoma tworzyłam między nim a sobą łańcuch nierozerwany. Przyszła chwila, że jego twarz, jego słowa stały mi się tak potrzebnemi do życia, iż gdy mi ich brakło, nie czułam, że żyję, a kiedym pomyślała o tobie, zadrżałam, ujrzawszy, że w pamięci mojéj twoja postać wobec niego zasunęła się w cień głęboki. Pamiętałam jednak, żem ci przyrzekła nie należéć już do nikogo więcéj, a prawość moja tak silnie oburzała się na myśl złamania danego słowa, że pod nią cichła porywająca mnie namiętność. Aż przyszedł pewien wieczór... wieczór bardzo piękny... cichy, wonny... Byliśmy sami, jak zwykle; uczucie jego, długo tłumione, wybuchnęło w słowach gorących... Cypryanie! poczułam się otoczona jego ramieniem... i całował moje czoło i włosy...
Nie mogła mówić daléj, bo głos i oddech zamarł w jéj piersi, rumieniec upokorzenia zalał pochylone czoło. Ale podniosła je po chwili i rzekła:
— Odtąd już go nie widziałam. Cierpiałam jak potępiona... ale miałam nadzieję... Myślałam, że ten poryw mój ku niemu minie... że był on silniejszém od innych wrażeniem... że gdy zobaczę ciebie, zapomnę o nim i będę mogła zostać czystą i prawą twoją żoną. O jakże pragnęłam tego!... Lecz inaczéj się stało... I od téj chwili, Cypryanie, nie jestem już narzeczoną twoją.
Cypryan przez cały ciąg opowiadania Klotyldy stał nieruchomy. Na twarzy jego odbijały się wrażeń tysiące, ale panował nad niemi wyraz boleści.
Po ostatnich wyrazach Klotyldy podniósł głowę i, milcząc, długo wpatrywał się w twarz jéj. Ale w oczach jego nie było gniewu i goryczy, owszem, malował się w nich żal głęboki, litość. Im więcéj wpatrywał się w zmęczoną twarz i złamaną upokorzeniem postać kobiety, którą kochał, tém więcéj wzrok jego stawał się pełnym miłości i spółczucia. Nareszcie błysnęła w nim energia silnego postanowienia. Zbliżył się o kilka kroków i, stanąwszy przed Klotyldą, rzekł: