— Wszystko, coś mi powiedziała, Klotyldo, przeczuwałem, a raczéj domyśliłem się wszystkiego ze strasznych słów księdza i matki jego, rzuconych wczoraj na ciebie. Nie taję przed tobą, że w pojęciu mojém winna jesteś śmierci człowieka tego i nieszczęścia jego matki. Myślałem nad tém długo; dziś jeszcze, gdym w śmiertelnym niepokoju oczekiwał chwili ujrzenia ciebie, badałem się ściśle i czuję, iż, mimo to wszystko, kocham cię jak dawniéj i, w miarę nieszczęścia twego, miłość potęguje się we mnie. Klotyldo! Bóg ci przebaczy, jam ci już przebaczył... Raz jeszcze uległaś popędowi wrażenia, będzie to raz ostatni. Ze wszystkiemi skarbami twéj duszy możesz jeszcze zostać zacną i czystą, cnotami zmazać winy, a nawet zbrodnie przeszłości. Ja podaję ci dłoń pomocy... przyjm ją i bądź moją, jak być miałaś... Na mojéj kochającéj cię piersi spłaczesz łzy grzechów; uwiozę cię ztąd... wspierać cię będę... upaść ci nie dam...
Wyciągnął ku niéj ręce i chciał ją pociągnąć ku sobie.
Ale Klotylda szybkim ruchem usunęła się od niego i twarz obu dłońmi zakryła.
— Klotyldo! — mówił daléj — uniosłaś się wrażeniem chwili, nie myśląc, że tém zabijasz człowieka. Ale śmierć ofiar swych nie oddaje, nie ubłagać jéj żadną rozpaczą ni łzami. On umarł, pokój jemu wieczny, a ty, Klotyldo, powinnaś powstać mężnie z upadku i zatrzéć przeszłość życiem wytrwałéj cnoty i pracy. Ja chcę ci w zadaniu tém dopomagać. Wesprzyj się na mnie z wiarą, nie rozpaczaj, działaj i kochaj, a Bóg przebaczy, i on, jeśli z innych światów ujrzy cię zacną i czystą... — przebaczy.
Klotylda podniosła głowę, gorzko się uśmiechnęła i odrzekła:
— Cypryanie! szlachetny jesteś, jak nie wielu na świecie ludzi, ale ja... ja twoją nie będę... być nie mogę!... Mówisz, żem się uniosła wrażeniem chwili... Gdyby tak było... ale nie, Cypryanie, jam się omyliła dwa razy, dwa razy nie zrozumiałam saméj siebie. To co czułam dla ciebie było wrażeniem; to co czułam dla dla niego — miłością. Całe życie moje było gonitwą za uczuciem takiém. Przez lat kilka chciwie chwytałam wrażenia, myśląc, że one są tém, czego pragnęłam. Zawiedziona, własną ręką tłukłam cacka mojéj wyobraźni i biegłam daléj, coraz daléj, ciągle szukając, ciągle się zawodząc, nigdy nie znajdując owéj przeczutéj a niedościgniętéj gwiazdy serca... I w téj szalonéj gonitwie straciłam ster własnych uczuć; rozszalała się wyobraźnia moja, zapomniałam rachować się z sobą. Nareszcie dosięgłam gwiazdy i odrzuciłam ją, myśląc, że ona jest taką blaszką, jakich zniszczyłam już tyle. Nie zrozumiałam saméj siebie. W imię wrażenia, któremu chciałam być wierną, miłością je mieniąc, zwichnęłam... zabiłam... straciłam miłość prawdziwą!
Załamała ręce i zawołała w nagłym przystępie gwałtownéj boleści:
— Tak, ja go kochałam, czuję to po tém straszném ściśnieniu serca, po tym wirze w głowie, który w nierozwikłany zda się chaos plącze nerwy mojego mózgu. Tak, ja go kochałam i zabiłam go — sama go zabiłam...
Spazmatyczne łkanie pierś jéj podniosło, ani jedna łza nie popłynęła z oczu.
— A teraz — ciągnęła daléj — mówisz mi, abym wróciła w świat mój dawny... abym zapomniała, abym może była szczęśliwa!...