Rozśmiała się z goryczą.
— Nie, to być nie może. Zabijając jego, zabiłam i siebie; dla wszystkich radości życia jam już umarła. Gdzie zbrodnia moja była, tam będzie pokuta — zostaną tutaj! U stóp mogiły matki mojéj, w tém miejscu, gdzie znałam i kochałam jego, zostanę na zawsze. A gdy na świecie spytają się kiedy o Klotyldę Warską, powiedz, że umarła. Ty, Cypryanie — kończyła spokojniéj nieco — zostaniesz na zawsze w pamięci mojéj, jako zacny i szlachetny człowiek.
Zdjęła z palca pierścień z brylantem i podała go Karłowskiemu.
— Weź ten pierścionek na pamiątkę ode mnie; gdy spojrzysz nań, przypomni ci kobietę, któréj już nigdy nie zobaczysz.
— Jest-że to nieodwołalna twoja wola, Klotyldo? — spytał Cypryan.
— Jak śmierć, jak grób — odrzekła stanowczo.
Karłowski wziął pierścionek i zatrzymał jéj rękę w swych dłoniach.
— Więc szanuję twoję wolą. Dziękuję ci za chwile szczęścia, jakieś mi dała. Kiedym cię spotkał, byłem lekkim, samolubnym, moralnie dzieckiem prawie. Odchodzę od ciebie podniesiony uczuciem, dojrzały cierpieniem, odchodzę bez urazy, bez złéj o tobie myśli... z żalem tylko, że cię opuścić muszę... z przywiązaniem. W pamięci mojéj pozostaniesz zawsze piękną i słodką Klotyldą, która jak sen przeszła przez drogę mego życia... A w przyszłe życie czy ty wierzysz? Ja wierzę w nie... Spotkamy się kiedyś może tam, gdzie nie będzie grzechów, rozpaczy ani rozstania.
Żal głos mu stłumił, pochylił się, długim pocałunkiem przycisnął rękę Klotyldy i wyszedł szybko z salonu.
W godzinę potém na dziedzińcu jodłowskiego dworu ozwał się turkot odjeżdżającego powozu, trwał przez chwilę i za bramą umilkł stopniowo w oddali.