— Nie zaniedbam tego uczynić. Tymczasem żegnam pana, bo zaczynają gasić światło w teatrze.

Przemocą prawie usunąwszy barykadę, złożoną z ciała poety, żywo postąpił ku drzwiom.

— Dyabli rzucili na moję drogę tego poetę! — rzekł, uszedłszy kilka kroków — niczego się porządnie dowiedziéć nie mogłem, oprócz, że istotnie nazywa się ona Kameleonem.

— Dziwaczne nazwisko — rzekł Lucyan.

— Niezmiernie dziwne, ależ dziwna téż to być musi kobieta! Co za wyraz twarzy, jakie oczy! Dziwi mię, żeś nie zwrócił na nią uwagi.

— Nie patrzyłem dziś na kobiety; śpiew pochłonął mnie zupełnie.

— Zimny jesteś, Lucyanie.

— Tak, zimny jestem — krótko odpowiedział Lucyan.

Ale światło latarni, spływające nań w chwili, gdy to mówił, zadało fałsz jego słowom, bo odkryło twarz, zalaną rumieńcem wzruszenia i oko, płonące ogniem rozkołysanéj muzyką wyobraźni. Szli w milczeniu, tylko niekiedy Cypryan nucił pół-głosem francuzką piosenkę:

Mon Dieu, mon Dieu,