W czasie téj operacyi, kobieta z zasłoną na twarzy siedziała ciągle nieruchoma, przez szybę powozu patrząc gdzieś daleko, może na wielką złotą gwiazdę, która sama jedna wypłynęła z pod chmury i zawisła nad pasem dalekich lasów, jakby świecić chciała ciemnym ich głębiom.
Zadzwoniono po raz trzeci.
Ze stukiem zaczęły zamykać się drzwi wagonów, rozległy się dwa ostre, przeciągłe gwizdnięcia i po chwili poważna, wspaniała, niby królowa, wojsko na bój wiodąca, ruszyła się lokomotywa i, coraz szybsza, coraz silniejsza, żelazną piersią poczęła pruć gęste i mgliste powietrze, rzucając pod obłoki kłęby dymu, jakby słane ku niebu potęgi ziemskiéj świadectwa.
W wagonach zapalono lampy. Przy jednéj z nich młody człowiek, o jasnych, kędzierzawych włosach, z ciekawością patrzył na siedzącą w głębi powozu kobietę, któréj twarz kryła gęsta czarna koronka. A tak gęstą była ta zasłona, że przez nią dojrzéć mógł tylko wielką białość gładkiego, wysokiego czoła kobiety i, przeciskający się przez tkankę koronki, blask jéj oczu. Ale kolor tych oczu, ich kształt, wielkość, ale reszta twarzy, usta, nosek i, co ważniejsze od tego wszystkiego, wyraz fizyognomii, zostawały dla ciekawie przypatrującego się tajemnicą. Widział tylko jeszcze grube warkocze ciemno-kasztanowatych włosów, wypływające z pod czarnego kapelusika, drobną, bardzo kształtną, zamkniętą w rękawiczce rękę i niedbale, a zarazem wdzięcznie, o poduszki powozu opartą postać.
Kobieta z po-za zasłony swojéj patrzyła na towarzysza podróży, a ponieważ on zasłony takiéj nie miał, z łatwością więc widziéć mogła świeżą, o regularnych rysach twarz jego, z pełnym młodzieńczéj swobody wyrazem, mały, jasny wąsik, ocieniający łagodne usta, i duże błękitne oczy, które zdawały się patrzéć na świat z młodą, niczém niezawiedzioną jeszcze, nadzieją, i z młodą, nigdy jeszcze niezłamaną, a ufną w swoję potęgę, wolą.
Trzecia obecna w wagonie osoba, otyła pani z lisim kołnierzem, z ciekawością przyglądała się i kobiecie, i mężczyźnie, i zdawało się, że się namyślała, jak ma z nimi rozpocząć rozmowę.
Przez kilka minut w wagonie panowała cisza, przerywana tylko jednostajnym szmerem kół, uderzających o żelazne szyny...
Po chwili, kobieta z zasłoną na twarzy usiadła bliżéj lampy, otworzyła książkę i zaczęła czytać; młody człowiek miał bardzo dobry wzrok i dojrzał na okładce książki tytuł: Poezye Słowackiego.
Otyła pani ujęła także swój mniejszy woreczek, rozsunęła zamykające go sznurki włóczkowe z ponsowemi kutasikami na końcach i wydobyła książkę. Młody człowiek dostrzegł mimowoli, że był to „Złoty Ołtarzyk”.
Zasłona gęsta utrudniała snać czytanie, a może i lampa za słabe dawała światło, bo kobieta zamknęła książkę, zasunęła się znowu w swój kącik i siedziała cicha, nieruchoma.