Pani w kapturku wydobyła z worka drugą jeszcze książkę do nabożeństwa, i trzecią, i czwartą, a uszykowawszy je wszystkie na kolanach, nie zaczynała jednak się modlić. Przenosiła wzrok z kobiety na mężczyznę; widocznie trawiona była żądzą dowiedzenia się, co to za jedni. Myślała więc nad tém, jakby zaspokoić swoję ciekawość, a „Złoty Ołtarzyk”, „Łza Chrześcijanina”, „Westchnienie Duszy” i t. d., czekały sobie tymczasem na jéj kolanach.

Młody człowiek z torebki podróżnéj wyjął cygaro i, grzecznie zwracając się do otyłéj pani, zapytał:

— Czy pani nie zaszkodzi dym cygara?

— A gdzież-by tam miał mi szkodzić, mój panie kochany! — odpowiedziała z widoczną radością, iż rozmowa się zaczyna. — A gdzież-by tam — powtórzyła — miały mi szkodzić cygara! Nieboszczyk mąż, świéć Panie nad jego duszą (tu złożyła pobożnie ręce), codzień kilkanaście faj wypalił, to się przyzwyczaiłam do dymu tytuniu, panie mój kochany! Pal-że sobie, pal z Bogiem!

Młody człowiek zwrócił się do drugiéj kobiety i powtórzył:

— A pani nie szkodzi dym cygara?

— Nie, panie — odpowiedziała krótko z po-za zasłony swojéj i znowu zapadła w milczenie.

Ale tym razem pani w kapturku nie pozwoliła ciszy zakrólować w wagonie. Spojrzała bystro na młodego człowieka, potém na zasłonioną kobietę i, uznawszy ją snadź za ciekawy przedmiot badania, zwróciła się ku niéj i, poprawiając kapturek, ozwała się z rodzajem przymilenia:

— A pani dobrodziejka, czy z daleka?

Kobieta powoli zwróciła ku niéj głowę i, po chwilce milczenia, zawsze z po-za zasłony swojéj, odrzekła: