— No, już, że nie śmiercią, to pewno, bo z miłości nie umrę; podobniejsze to do ciebie, stoiku o werterowskich oczach.
— A więc żoną — najspokojniéj ciągnął daléj Lucyan. — Zaczynam doprawdy spostrzegać, że gotów jesteś choćby dziś przed ołtarzem stanąć. Ale jeżeli kobieta, która cię tak żywo zajęła, jest lekka, zalotna, rzucająca serce na wszystkie wichry?
— A gdyby i tak było — odpowiedział Cypryan. — Jeśli tylko znajdę w niéj umysł jasny i zdrowy, jeśli rozbudzę w niéj przywiązanie ku sobie, czyż nie przypuszczasz, że własnym rozumem i miłością będę mógł ją uzacnić, wzmocnić jéj wolą, wyrwać z koła złych uniesień lub próżności? A sam czy nie rzucałem także serca mego na wszystkie wichry i gdy, miłostkami znudzony, zapragnąłem nareszcie miłości, mamże prawo za nieodzowny warunek wymagać od kobiety niepokalanéj czystości serca i myśli, któréj sam już nie posiadam? Wierzysz-że ty w to, że mężczyzna może podnieść się i spoważniéć w uczuciach swoich, a kobieta nie może? że mężczyźnie wolno rozrzucać po świecie najświętsze uczucia i najświętsze myśli, a potém śmiało sięgać po poczciwe szczęście; lecz gdy kobieta uczyni to samo, już ją tylko zdeptać należy i odepchnąć na zawsze od rodzinnego życia, albo pobawić się z nią i wyrzucić, jak cacko zepsute? Ja myślę, Lucyanie, że zło dla kobiety jest również złem dla mężczyzny, i że w piérwszéj jak w drugim, mimo zboczeń i błędów, może być jeszcze wiele dobrego, które, poruszone żywém i poczciwém uczuciem, wypłynie w życiu ponad wszelkie skazy, rozbudzi i w ruch wprawi wszystkie dobre sprężyny natury. Jeżeli oboje zło popełnili, dla obojga równie winna być otwartą droga pokuty i przebaczenia, a że droga ta trudna, zamiast pogardzać sobą, powinni sobie wzajem przebaczać i pomagać.
Cypryan był pięknym, gdy to mówił; w owéj chwili przestał być wesołym motylem i eleganckim salonowcem; oczy błysnęły mu zapałem poważnéj i zacnéj myśli.
Lucyan nic nie odpowiedział i zamyślił się; przed wyobraźnią stanęła mu znowu kobieta płacząca w kościele. Zdało mu się, że usłyszał uderzenie pięknego czoła o kamienną posadzkę, że zobaczył duże, załzawione oczy, wpatrzone w niego z wyrazem boleści i słodyczy. I pomyślał, że może kobieta owa była właśnie jedną z tych istot, które płaczą nad własnym upadkiem i powstać zeń pragną, które, uniesione na rozdroża szałem i burzami życia, potrzebują tylko dłoni opiekuńczéj i silnéj, aby wejść na takie wyżyny, jakich dosięgnąć często nie mogą najczystsze nawet, ale mniéj żywotną i bogatą naturą obdarzone istoty.
I myślał, coby było, jeśliby on pokochał tę rozpłakaną kobietę, którą widział w kościele, i gdyby w jéj przeszłości zobaczył skazy i plamy. Myślał o tém dość długo, aż spostrzegł, że szczególniéj jakoś zajmuje się kobietą, raz tylko widzianą i, zapomniawszy o obecności Cypryana, zaśmiał się głośno z samego siebie. W śmiechu tym była ostra nuta: poznał, że w namiętny uścisk pochwycić może widmo, i zaśmiał się ostrym dźwiękiem rozdrażnionego serca.
— Co to jest? — zawołał Cypryan. — Lucyanie, czego się śmiejesz?
— Myślałem o tém, co mówiłeś — odpowiedział doktor — i choć przyznaję ci zupełną słuszność, jednak, co do siebie, jestem pewny, że byłbym szalenie zazdrośny o przeszłość kobiety, którą-bym kochał.
— Ba, mój drogi, z tobą rzecz inna, a ze mną inna; tyś nigdy nie kochał jeszcze, siły twoich uczuć dziewicze są świeże zupełnie, naturę masz nierównie wrażliwszą i namiętniejszą od mojéj. Dla ciebie potrzeba jakiegoś szerokiego pola działania, na którém mógłbyś w ruch wprawiać i zużywać całą energią, któréj jesteś pełen, inaczéj wszystkie te siły swoje włożysz kiedyś w miłość dla kobiety i zobaczysz, przepowiadam ci to, że rozkochasz się szalenie, strasznie!
Lucyan, w miejsce odpowiedzi, wydobył zegarek i rzekł: