— Cierpliwości trochę, mój drogi — mówił Lucyan, zajęty staranném obwiązywaniem paki z książkami; — Warszawa nie jest przecie tak wielkim miastem, aby nie można było w niéj dowiedziéć się o mieszkaniu osoby, którą się spotyka. A gdy będziesz wiedział, gdzie ona mieszka, łatwo ci już przyjdzie zabrać z nią znajomość. I jam ciekawy bardzo, kto jest ta pani.

Wymawiając ostatnie słowa, Lucyan, nie myśląc o tém, użył jezuickiego wybiegu, bo mniéj daleko stosowały się one do damy myśli Cypryana, niż do kobiety, którą on sam widział płaczącą w kościele.

— Bo gdybym ja tę kobietę — mówił daléj Cypryan, po dość długiéj chwili milczenia — gdybym tę kobietę spotkał poprostu w jakim salonie, został jéj przedstawiony według wszelkich prawideł konwenansowego kodeksu i nawzajem dowiedział się o jéj nazwisku, położeniu, miejscu urodzenia, zamieszkania i t. d., możebym się tak żywo nią i nie zajął. Ale tajemnica, która ją otacza, która dla mnie tylko może jest tajemnicą, to dziwne nazwisko, to pojawienie się jéj i znikanie, drażni mię i pociąga ku niéj siłą nowości, a szczególniéj jakiéjś sympatyi. Czuję, że nie będę spokojny, aż ją znajdę i poznam, aż się przekonam, czy odpowiada wyobrażeniom, jakie sobie o niéj stworzyłem.

— Zepsute jesteś dziecko, Cypryanie — z uśmiechem rzekł doktor.

— Tak, to prawda — odparł Karłowski, białą swą rękę topiąc w gęstych, wijących się w pierścienie, jasnych włosach, — tak, jestem rozpieszczony przez los, to prawda. Syn najlepszego ojca i namiętnie mię kochającéj matki, od dzieciństwa bogaty, kochany przez jedyną siostrę, kochany przez krewnych i przyjaciół domu, wzrosłem wśród dostatku i miłości. Wszystko mi przyszło łatwo: nauka, stanowisko w świecie, wszystko zawsze uśmiechało się do mnie: przyszłość, przyjaciele, kobiety. Byłem w główniejszych stolicach Europy, bawiłem się, uczyłem, używałem. Jestem więc rzeczywiście dzieckiem szczęścia, Lucyanie. Ale ty, mój najdawniejszy i najlepszy przyjacielu, zanadto mnie znasz, abyś sądził, że, pod lekką powierzchownością, niéma we mnie myśli i pragnień, przekraczających granice łatwego użycia. Nad wielu rzeczami boleję nieraz szczerze, może trochę i nad sobą... mimo całego mojego szczęścia. Mais il faut faire bonne mine au mauvais jeu; w braku więc czego innego, zalecam się do panny Heleny, panny Julii, panny Klary i t. d. Powiem ci jednak, mój drogi, że od pewnego czasu przestają mnie już bawić te łatwo zrywane kwiatki, i niekiedy, gdy przyjeżdżam do rodziców i widzę ich święte, zgodne, zacne życie domowe, bierze mię chęć wstąpienia w ślady praojców i, ni mniéj ni więcéj, poprowadzenia do stopni ołtarza jakiéj pięknéj osóbki, z serduszkiem mnie wyłącznie oddaném. Lucyanie, i cóż ty myślisz o tych moich matrymonialnych zapędach?

— Myślę, żeś do nich wcale niestosownie przygotowany, ze swojém amatorstwem wszystkich na świecie czarnych i błękitnych oczu.

— Do licha, nudzi mnie już ta mieszanina czarnych i błękitnych oczu! — zawołał Cypryan. — Powiadam ci, że nie na żart przychodzi mi często zachcianka, żeby miéć jednę tylko parę oczu, ale wyłącznie moich; jedno tylko dobre kobiece serduszko, ale wyłącznie moje; a wyobraźnią widzę już siebie szanownym patryarchą, otoczonym rodzinném gronem, palącym popołudniową fajkę i słuchającym czytania żony o sprzeczkach lorda Palmerstona z lordem Russelem i o owym nieodgadniętym Sfinksie (jak go dzienniki nazywają), cesarzu Napoleonie.

— A jednak, mimo tych patryarchalnych marzeń, z młodzieńczym zapałem i swawolą nieledwie, gonisz kobietę nieznaną... i kto wié, jaką? — zarzucił Lucyan, który końca mowy swego przyjaciela słuchał z pełnym niedowierzania uśmiechem.

— I cóż ztąd? — zawołał Cypryan. — Podobała mi się bardzo, i dla tego chcę ją poznać. Nie jesteś tak naiwnym, przypuszczam, abyś myślał, że podobała mi się tylko z piękności, bo napatrzyłem się już niemało na piękne kobiety; ale uderzył mnie wyraz jéj twarzy, kameleonowa gra jéj oczu, ogień, który zda się tryskać z całéj jéj osoby, to cóś, jedném słowem, nieokreślone, które przemawia niekiedy i do zmysłów, i do myśli naszéj zarazem, harmonią jakąś nieujętą, a jednak magnetycznie pociągającą. Przypatrywałem się jéj tak w teatrze, że gdybym nie znał opery Trubadura, nie mógłbym powiedziéć, czy miserere, owę według mnie pieśń nad pieśniami, na początku przedstawienia, czy przy końcu śpiewają. Przypatrywałem się jéj i dojrzałem, iż jest ona jedną z tych istot, u których więcéj się jeszcze domyślać można, niż widziéć. Ile tam ognia w oczach, gry w fizyognomii! Kto wié, może ona będzie właśnie tą, o któréj mówi przysłowie: śmierć i żona od Boga przeznaczona.

— Więc czém-że ma być ona? śmiercią, czy żoną?