— A swoim zwyczajem w Warszawie, gdzie-by ona tam długo na wsi usiedziała. Ale dobra kobieta, mosanie tego, już ośm lat trzymam od niéj w dzierżawie Jodłową i nigdy, mosanie tego, na główkę szpilki przykrości mi nie zrobiła. A pan czy znasz moję dziedziczkę? — zapytał, zwracając się do Lucyana.

— Nie znam pani Warskiéj — odpowiedział Lucyan — tylko wiele o niéj słyszałem; mówią, że bardzo piękna.

— Ach, że piękna, to piękna! — zawołała pani Grodzicka. — Byłam u niéj latem, jak przyjechała do Jodłowéj, bo to jakoś w czasie żniwa zabrakło nam chleba, a grosza przy duszy nie miałam. Pani Dembowska poradziła mi, żebym się udała do dziedziczki Jodłowéj. Z początku przykro mi to było; myślę sobie: ona wielka pani, a ja, choć kiedyś miałam jeszcze piękniejszy pałac, niż dom w Jodłowéj, i taką samą karetę i kamerdynera, ale teraz biedna jestem; może mnie z impozycyą przyjmie! Ale gdzie tam, taka grzeczna! Jadła śniadanie, jak przyszłam, i zaraz mnie prosiła do stołu; pytała się o dzieci, rozmawiała długo, potém dała dwadzieścia pięć rubli. A ja nie mogłam napatrzéć się na nią, taka piękna, a żywa jak skra, a biała... już to co prawda, kiedyś ja piękniejszą płeć miałam, ale za to nie miałam nigdy takich oczu. Moje były melancholiczne, a jéj to błyszczące. A jak to jéj na imię, panie Dembowski.

— Klotylda, mosanie tego, Klotylda Warska. Ojciec jéj, to at, hulaka był, nic szczególnego; ale matka — anioł dobroci. Tylko że wcześnie odumarła biedaczkę. Nieboszczyk Warski jeszcze oddał mi w dzierżawę Jodłową, a potém pani Klotylda, jak owdowiała, to znów kontrakt ze mną zrobiła na dwanaście lat. Siedm tysięcy rubli płacę rocznie, ale niéma czego narzekać, źle nie wychodzę.

— Czy pani Warska często bywa w Jodłowéj? — spytał Lucyan.

— Jak owdowiała, mosanie tego, to coś lat z pięć nie była zupełnie, tylko posyłałem jéj pieniądze to do Paryża, to do Włoch, to do Warszawy. Potém przyjechała na dwa miesiące i znowu rok nie była; aż przeszłego lata zabawiła z pięć tygodni i pojechała do Warszawy. W Kwietniu, mosanie tego, ma znowu przyjechać; pisała, że może na długo.

— Czemu téż to ona zamąż nie idzie? — zagadnęła pani Grodzicka. — Taka piękna i bogata, a już lat siedm podobno, jak owdowiała.

— A siedm, mosanie tego, i z górą. Pani Klotylda ma teraz już dwadzieścia kilka lat. Mówią ludzie, at, jak zwyczajnie ludzie, różnie mówią, że trochę.... jak to powiedziéć.... ot, że tam na swoim wielkim świecie trochę bałamutka; to może dlatego jeszcze sobie dozgonnego towarzysza nie wybrała.

— Ej, alboż to ludziom warto wierzyć? — odparła pani sędzina. — Już to, jak tylko kobieta piękna, a ludzie za nią patrzą, to zaraz i bałamutka. Rychtyk tak samo było i ze mną; dla tego że miałam twarz nieszpetną, wszyscy krzyczeli na mnie: bałamutka, bałamutka! i choć, co prawda, niejeden za mną głowę tracił, to przecież nie moja w tém była wina.

— Ale że téż to, mosanie tego, pan, panie Lucyanie, nie znasz pani Klotyldy. A piękna z was była-by para, mosanie tego, ha, ha, ha!