Chłopak podskoczył, objął go za szyję obu rękoma i głośno pocałował.
— Ot, tego! — zawołał — całusa!... — i wybiegł z pokoju.
— Ale niech ci tam Janek pomoże! — wołał za nim Dembowski.
Mieczek wychylił swoję figlarną twarzyczkę przez drzwi i, podnosząc palec do ust, poważnym głosem powiedział:
— Nie chcę, żeby mi Janek pomagał, bo pan Lucyan mówił, żebym, co tylko mogę, zawsze sam robił i nikogo o pomoc nie prosił.
— Sprytny chłopak, mosanie tego — rzekł Dembowski, gdy Mieczek wybiegł z sieni, z trzaskiem zamykając drzwi za sobą.
— Żeby tak za dobrych czasów — odpowiedziała pani sędzina — tobym do niego wzięła guwernera; a teraz, to gdyby nie pan Lucyan, zmarnowało-by się dziecko.
— Jakże gospodarstwo pana idzie? — zapytał doktor, nie chcąc odpowiadać na słowa pani Grodzickiéj.
— Dobrze, dobrze, mosanie tego. Urodzaj był piękny, chwała Bogu, i gorzelnia dobry wypęd daje w tym roku. Teraz młócę, mosanie tego, na gwałt, bo pszenicę do Wilna trzeba posyłać.
— A gdzież dziedziczka Jodłowéj? — spytała pani Grodzicka.