— A co — wchodząc, rzekła do siebie pani Dolewska. — Jakbym zgadła, już śpi hultajka, jak zabita. Marysiu! Marysiu!
I podchodząc, dotknęła ramienia służącéj. Głowa dziewczyny podskoczyła, aby z całą mocą uderzyć o piec, poczém nastąpił balans na lewo i prawo, nareszcie z trudnością odzyskana równowaga głowy, szerokie otworzenie oczu i zerwanie się na równe nogi.
— Idź śpiochu, zabieraj samowar — rzekła pani Dolewska, szczypcami zdjętemi z wązkiéj, zielonéj tacki objaśniając świecę.
Dziewczyna, sapiąc i ciężko stąpając bosemi nogami, poczęła się krzątać około herbacianych przyborów, a pani Dolewska weszła do bawialnego pokoju.
— Późno już jest, moja droga matko — rzekł Lucyan, zbliżając się do niéj i biorąc jéj rękę — czas, abyś poszła na spoczynek. Tyle się zawsze przez cały dzień natrudzisz!
— A ksiądz proboszcz, czy już nas opuszcza?
— Nie — odrzekł ksiądz — my z Lucyanem pogwarzymy jeszcze trochę w jego pokoju.
— A no, to już ja pójdę sobie, dziecko moje kochane — rzekła, obejmując jedną ręką szyję pochylonego przed nią syna, a drugą przesuwając po jego czarnych włosach, któremi się snać szczególniéj lubowała.
— Czy uwierzy ksiądz proboszcz — mówiła daléj — że Lucyś, kiedy był mały, miał włosy jasne jak len, potém zaczęły robić się coraz ciemniejsze, a teraz takie czarne, jak krucze pióra.
Proboszcz stał o parę kroków i w milczeniu patrzył na grupę, złożoną z młodego człowieka o pięknéj i bladéj twarzy, pochylonego pod dłonią matki i ze staréj kobiety, pieszczącéj się z włosami swego jedynaka.