— No, dobranoc ci, moje dziecko — rzakła wreszcie pani Dolewska, całując syna w czoło. — Bóg z tobą; dobranoc księdzu proboszczowi, dziękuję za odwiedzenie i za łaskawą przyjaźń dla mego Lucyana.
Gdy pani Dolewska wyszła do swojéj sypialni, Lucyan, wziąwszy świécę, otworzył wązkie drzwiczki, znajdujące się między piecem i zegarem i uczyniwszy ręką gest, zapraszający księdza, wszedł tam za nim i zamknął drzwi za sobą.
Pokój, w którym się znaleźli, był wązki a długi, o jedném szerokiém, zasłoniętém sztorą i wychodzącém na ogródek, oknie. Na oknie tém nie było już wazoników z kaktusem i geranium, ale pod niém stało pięknie rzeźbione biurko, na którém leżały rozrzucone papiery, jedna książka otwarta i wszystkie do pisania przyrządy. Przed biurkiem był wygodny, zieloną skórą obity fotel, a ziemię pokrywał niewielki, ale gustowny kobierzec. Naprzeciw drzwi, pod ścianą, stała ładna kozetka, za stoliczkiem zarzuconym dziennikami i z dwoma fotelami, a nad nią wisiała piękna kopia z obrazu Verneta, przedstawiająca noc księżycową na morskiém wybrzeżu. Ściana przeciwległa oknu, zakryta była szafą o dużych szklanych szybach, zapełnioną kilku rzędami oprawnych i nieoprawnych książek, między któremi wpadały najprzód wkoło grube tomy z łacińskiemi, angielskiemi i niemieckiemi napisami medycznych tytułów. Parę zgrabnych, rzeźbionych, jak biurko, komód, uzupełniało umeblowanie. Pomiędzy szafą z książkami i boczną ścianą, były wązkie drzwiczki, prowadzące do sypialni Lucyana. Wniesiona świéca słabo rozświecała głąb’ tego pełnego smaku pokoju i blade rzucała promienie na ciemne tło obrazu Verneta.
— Jak téż ten pokój niepodobny jest do całego domu waszego! — rzekł ksiądz, siadając na fotelu przed biurkiem.
— Tak — odpowiedział Lucyan, przysuwając sobie inny fotel i siadając naprzeciw swego gościa — w innych częściach tego domu, panią wyłączną jest moja matka; urządza je ona zupełnie według woli i przyzwyczajeń swoich. Zdaje mi się, że od chwili, w któréj po raz piérwszy ojciec mój wprowadził ją do swego domu, nic w nim nie zmieniła i zmienić-by nie chciała, a ja także nie poważył-bym się nigdy poruszyć czegokolwiek w sanktuaryum jéj pamiątek i zwyczajów. Ale, w tym pokoju rozpościeram wyłączne panowanie moje i urządziłem go według własnego upodobania. Cóż chcesz, księże Stanisławie, taka już moja natura, że muszę lubić to, co piękne i mile w oko wpada.
— Niewygodna to natura dla człowieka, mieszkającego w N. — odrzekł ksiądz. — Jak widzę, pracujesz ciągle, Lucyanie — dodał, patrząc na otwarte dzieło o fizyologii Moleschotta.
— Nie dotykaj książki téj, księże Stanisławie — żartobliwie rzekł Lucyan — całéj smoły piekielnéj mało jest na jéj spalenie.
— A wiem, wiem — czytając tytuł, odpowiedział ksiądz. — Moleschott, jeden z najradykalniejszych materyalistów.
— Materyalista in extremis — dodał doktor — dowodzący, że człowiek pochodzi od kwasu węglowego, tlenu, wodoru i kilku kwasów ziemnych.
— Ha — rzekł ksiądz — różne są kierunki umysłów ludzkich; przecież, mojém zdaniem, jeżeli człowiek pracuje ze szczerém pragnieniem dobra i prawdy, to jakiekolwiek są błędy umysłu jego, znajdą one przebaczenie u Tego, który sam jeden tylko błądzić nie może.