— Oto widzisz, księże Stanisławie, od roku już uczę syna pani Grodzickiéj. Zdolny i bardzo dobrych skłonności jest to chłopak; ale przy moich nawet usiłowaniach, marnie zginą jego zdolności, jeśli go do szkół nie oddamy. Matka nie może tego uczynić, ani ja także; chciałem się więc zapytać, czy między sąsiadami N. nie znasz kogo z dobrą chęcią, coby dał środki na wychowanie tego dziecka, z którego dzielny człowiek z czasem być może?

Ksiądz Stanisław zamyślił się na chwilę.

— Hm, ciężkie mi dajesz zadanie — odpowiedział — bo w całéj okolicy naszéj, są tylko dwa rodzaje właścicieli ziemskich: albo wielcy panowie, którzy ciągle mieszkają za granicą i w stolicy, i których nie znam, albo drobna szlachta, nie mogąca łożyć tak stosunkowo znacznych kosztów.

— To szkoda! — rzekł zmartwiony Lucyan.

— Poczekaj, poczekaj... — mówił znów, namyślając się ksiądz — mam ja wprawdzie bogatą parafiankę, bardzo zacną... ale... czy znasz panią Klotyldę Warską?

— Dziedziczkę Jodłowéj? nie znam — odrzekł Lucyan.

— Jestto kobieta... kobieta... jakby to ją okréślić... młoda, piękna, rozpieszczona losem, jak motyl latająca po świecie, bez innego celu, jak dla dogodzenia swoim fantazyom, ale przytém dobrego serca, niezmiernie wrażliwa na biedy ludzkie i bardzo miła osoba. Trzeba-by jéj zaproponować wychowanie twego protegowanego.

— Ależ ona nie mieszka podobno w Jodłowéj — zarzucił Lucyan.

— Dembowski mówił mi dziś — odparł ksiądz — że spodziewa się jéj przybycia w Kwietniu; a przecież chłopca i tak nie można oddać do szkół inaczéj, jak po wakacyach, to jest w Sierpniu. Gdy więc dowiem się o przyjeździe pani Warskiéj do Jodłowéj, pojadę i zaproponuję jéj to, a prawie pewny jestem dobrego skutku.

Po chwili powstał ksiądz Stanisław i, uścisnąwszy rękę Lucyana, wyszedł z domu doktora. I postać jego wysoka, poważna, przesuwała się śród mroku nocy, obok kościelnego ogrodzenia, dążąc do niedalekiéj plebanii.