W oknie Lucyana długo jeszcze z za zielonéj sztory błyszczało światło, ale nie zagasło ono prędko i w pokoju pani Dolewskiéj.

Przed dużym czarnym krucyfixem długo w noc klęczała matka Lucyana; spracowane swoje ręce złożyła na piersi, a srebrne włosy, uwolnione od czépka, opłynęły jéj szyję i skronie. Świéca, za nią stojąca, żółtawym płomykiem oświecała zamodloną postać staruszki. Milczenie było zupełne, przerywane tylko dochodzącém z drugiego pokoju chrapaniem Marysi i głębokiemi westchnieniami, podnoszącemi pierś pani Dolewskiéj wtedy, gdy wzywając ukrzyżowanego Boga i Maryą Ostrobramską, wymawiała w modlitwie imię jedynaka. Modliła się za syna swojego.

O modlące się matki! gdzież jesteście wtedy, gdy piersi synów waszych płoną bólami żywota, gdy w serca ich wkradają się żmije fałszu, grzechu, lub rozpaczy.

Gdzież jesteście wtedy, gdy śmierć zamyka te oczy, któreście tyle razy całowały z miłością; gdy robaki ziemne gnieżdżą się i pełzają w tych włosach, które tyle razy macierzyńską pieściłyście dłonią?

O matki! czemu piosenka, którą tak słodko śpiéwałyście nad kolébką synów waszych, nie brzmi nad nimi wtedy, gdy życie rozciąga ich na ognistém łożu cierpienia? czemu nie brzmi ona nad nimi wtedy, gdy im nad głową zastuka młot, zamykający wieko ich trumny — ostatni akord dziwnéj pieśni życia?

O pieśni i modlitwy matek! czemu tak szybko przebrzmiewają dźwięki wasze i słowa? Czy i wy może, jak wiele innych na ziemi rzeczy, jesteście ową bańką stubarwną, o któréj dzieci myślą, że leci do nieba, a która jednak, w mętną zmieniona pianę, upada i miesza się z prochem i błotem téj ziemi!?...

VIII. Kobieta-zagadka

W imię zdrowego rozsądku, świętéj spokojności i rozstrojonych wrzawą nerwów, pytam: czego się ci ludzie tak szalenie po mieście ruszają? Czy Warszawa zapaliła się na wszystkich swoich końcach? Czy się gdzie jaki cud ukazał?... Na chodnikach tłumy biegną, potrącają się i, nie mając czasu na przeprosiny, biegną daléj... Środkiem ulic powozy pędzą jak szalone, furmani krzyczą, konie galopują, a błoto, odskakując od kół i kopyt końskich, bryzga, i ludzi, idących piechotą, zamienia w nieznany dotąd zoologii gatunek centkowanych dwunożnych. Dorożki do najęcia nigdzie ani znaleźć, bo ile tylko jest ich w całém mieście, wszystkie zajęte przez wyfrakowanych panów, w wysokich kapeluszach i białych rękawiczkach, którzy jeżdżą od domu do domu, wysiadają z dorożek, wchodzą w bramy i na piętra, wymawiają z ukłonem sakramentalny wyraz: winszuję! wsiadają znowu i daléj pędzą, z kartami wizytowemi w ręku. Kiedy między piechotą idącymi ludźmi spotykają się znajomi, brzmi po sto razy wyraz: winszuję! a mniéj elegancki świat, starym zwyczajem, dodaje: daj Boże za rok szczęśliwie doczekać!

Kto-by nie wiedział o przyczynie téj całéj radości i tych wszystkich powinszowań, sądził-by, że wyrok niebieski zdjął z ludzkości klątwę piérworodnego grzechu, albo, że jaki najazd barbarzyńców został zwycięzko przez Europę odparty, albo, co najmniéj, że się wszyscy tego ranka pożenili, lub że się wszystkim ubiegłéj nocy urodzili pierworodni. A to poprostu ludność Warszawy obchodzi uroczystość Nowego Roku.

Taką jest moc zwyczaju. Ileż razy ludzie dziękują sobie, nie wiedząc za co, winszują, nie wiedząc czego, wierzą, nie wiedząc w co, dla tego, że tak dziękowali, winszowali, wierzyli i robili ich praojcowie. I dziwić się tu Chińczykom!...