Nie wszyscy jednak bawią się, winszują i przyjmują powinszowania. Oto z po-za rogu jednéj z ulic, na szeroki i pełen ludzi chodnik wysuwa się biedne małe chłopię, skostniałe od zimna, blade i z zapadłemi policzkami. Łachmany lichéj sukmanki niezupełnie zakrywają mu nagą szyję i pierś; zmięty i brudny, o szerokich brzegach kapelusz, ocienia, splątanemi włosami orzucone, czoło. Jakby ukradkiem, wysuwa się ze schyloną głową na chodnik, zda się, przepraszając ulicę, że śmié po niéj stąpać, przyciska się do muru i drży cały, tuląc ręce w łachmany sukmanki. Mnóztwo ludzi go mija, a on, wyciągając niekiedy dłoń, woła jękliwym głosem:
— Wielmożny panie! piękna pani! dajcie grosik na chléb!
Precz z drogi, nędzne dziecię! Czy nie widzisz, że panowie i panie winszują sobie uroczystości Nowego roku? Jak śmiesz przeszkadzać im w tém zatrudnieniu? Choćbyś tu stał do dnia sądnego, tobie nikt nie powinszuje twoich łachmanów i twego głodu, a jednak tobie-to właśnie i tobie podobnym najbardziéj-by należało winszować, że o rok jeden skróciła się nędzna wasza po téj ziemi wędrówka.
W dużym domu, stojącym na jednéj z szerszych ulic Warszawy, w niewielkim ale pełnym smaku salonie, przechadza się piękna kobieta. Suknia jéj długa, jedwabna, z lekkim szelestem sunie się za nią po kobiercu, pokrywającym posadzkę. Głowę schyliła nieco w zamyśleniu, czy może pod ciężarem grubych, ciemno-kasztanowatych warkoczy, które otaczają jéj czoło i w misternych zakrętach opływają szyję i ramiona, lśniąc wplecionym w nie sznurem dużych, białych pereł. Przed bramą jéj od kilku godzin stawały ciągle powozy, przyjęła już dnia tego mnóztwo wizyt, dowiedziała się, że wszyscy jéj znajomi serdecznie się cieszą, iż o rok jeden została starszą, wzajemnie tego samego szczęścia winszowała innym, a teraz, gdy cały ten gwar uciszył się już nieco, chodzi samotna po swoim salonie i może rozmyśla nad dniem prawie minionym. W jednym końcu jéj salonu stoi palisandrowy fortepian, w drugim marmurowa konsola z wielkiém zwierciadłem, a ona przechodzi od fortepianu do konsoli i od konsoli do fortepianu, z wyrazem twarzy, w którym dosadnie maluje się myśl: o, jakże mię ci ludzie znudzili!.. Raz stanęła przed zwierciadłem; białą, przedziwnych kształtów, rękę przesunęła po błyskających perłami warkoczach i odwróciła się niechętnie, jakby i do lustra rzec chciała: „nudzisz mię!”
I znowu rozpoczęła swoję monotonną przechadzkę, a jak-by pod wpływem jakiegoś ciężkiego wewnętrznego uczucia, brwi jéj ściągnęły się, wzrok błądził machinalnie po barwnych kwiatach kobierca i ręce, skrzyżowane na piersi, zacisnęły się lekko, drobnemi palcami mnąc bezwiednie grubą materyą rękawów.
Rozsunęła się powoli aksamitna portyera, we drzwiach stanął lokaj i zaanonsował:
— Pan Pantaleon Kwiatkowski!
Piękna kobieta stanęła na środku salonu, lekko ironiczny uśmiech ożywił jéj usta i odpowiedziała:
— Prosić!
Po chwili, o długiéj i cienkiéj, we frak obciągniętéj, postaci, w blado-różowych rękawiczkach i z długiemi włosami, woniejącemi jaśminowym olejkiem, wszedł do salonu Konwalius Konwaliorum, zbliżył się ku gospodyni domu i, patrząc w sufit, wypowiedział uroczyście zniżonym głosem: