— Pewno na zimę do miasta... dla zabawy?
— Tak, pani.
Tą razą „Łza Chrześcijanina” poszła śladem „Złotego Ołtarzyka” i w drodze rozsypała tuzin obrazków i przepisanych modlitewek.
Młody człowiek grzecznie się schylił i pomógł właścicielce w zebraniu rozsypanych skarbów pobożnych.
— A, dziękuję, panie mój kochany, dziękuję ślicznie! — mówiła otyła pani — grzeczny z pana kawaler! To rychtyk jak nieboszczyk mąż, świéć Panie nad jego duszą. Bywało, jak robię pończochę, to niech mi tylko kłębek upadnie, zaraz mi go podniesie, choćby się pod samiuteńką kanapę potoczył. Pan dobrodziéj kubek w kubek będziesz taki, jak mój nieboszczyk Wicuś, świéć Panie nad jego duszą. Zaraz znać po grzeczności, żeś pan dobrodziéj z Warszawy. Czy zgadłam, jeżeli wolno spytać?
— Tak, pani, jestem w Warszawy — odpowiedział młody człowiek.
— A dokąd-że to pan dobrodziéj podróżował?
— Byłem w okolicach Wilna.
— A w jakiém miejscu, czy wolno spytać?
— W miasteczku N.