— Ach, panie mój kochany, toć ja ztamtąd jadę i tam mieszkam; że téż nie zobaczyłam tak ślicznego kawalera! A u kogoż tam był pan dobrodziéj, czy wolno spytać?

— Jeździłem do mego kolegi i przyjaciela, doktora Dolewskiego.

— Ach, panie mój kochany! znam, znam jak własne oko. No, proszę! Lucyś Dolewski, to pana dobrodzieja kolega! na ręku go nosiłam! Ależ on, panie mój kochany, sam w Warszawie jest teraz.

— Tak; to téż, nie wiedząc o tém, wybrałem się do niego i rozminęliśmy się w drodze.

— Pewno pan dobrodziéj krótko bawił w N.

— Parę godzin tylko. Na stacyi pocztowéj dowiedziałem się o wyjeździe Lucyana i zaraz wróciłem, aby go choć w Warszawie znaléźć.

— No, proszę! — powtórzyła raz jeszcze otyła pani — Lucyś Dolewski, to przyjaciel pana dobrodzieja, no proszę!

— Złoty to chłopiec — ciągnęła daléj — anioł-stróż wszystkich biednych ludzi w N. i całéj okolicy. Bo to głowa, panie mój kochany, co się nazywa. Nieboszczyk mój mąż, świéć Panie nad jego duszą, bywało, mówi: z tego chłopca będzie ministyr, a serce u niego, to, panie mój kochny, lepsze jeszcze od głowy. Czy-by to on nie mógł, jak i drugi jaki, rozsiąść się w wielkiém mieście, nie mówię już o Warszawie, ale w Wilnie naprzykład a choć-by w Grodnie, albo w Mińsku, i brać pieniądze, i królować, i hulać sobie, panie mój kochany. Ale on, biedaczysko, pracuje i haruje i tyra swoje młode lata między nami biednymi i, za pozwoleniem, głupimi ludziskami; a wszystko to dlatego, żeby staréj matki nie porzucać, bo-by umarła chyba z tęsknoty za swoim jedynakiem, któremu dała edukacyą, panie mój kochany, kawałek chleba od własnéj gęby odrywając.

Ostatnie słowa wymówiła z rozrzewnieniem, wydobyła chustkę do nosa, otarła oczy i spocone pod kapturem czoło i w zapale wydobyła z worka jeszcze jednę książkę do nabożeństwa, podobno „Cichą łzę”.

— Cieszę się — po krótkiéj chwili ozwał się młody człowiek — słysząc tak pochlebne słowa o moim przyjacielu.