I zwolna przechodziła przez salon.
— Tak — cicho mówiła daléj — są w piersi mojéj skarby słodyczy, ukochania, dobroci; są one, słyszę je tam w głębi, jak szepcą mi dobre rady i natchnienia, jak, niby anioły-stróże, bronią mię od ostatniego upadku; ale zarazem ile tam w téj piersi mojéj demonów złego, ile uniesień grzesznych, płochych próżności, jak tam szamocą się i targają te gorące, nieposkromione wrażenia, które mię porywają w coraz nowe szały, w coraz nowe błędy!... Dobra! dobra!... Nie, ja nie jestem dobra, ja jestem Kameleon, igraszka chwili, straszne moralne nic!
Bezwiednie usiadła przy fortepianie i, pogrążona w dziwnych rozmyślaniach swoich, jakby w analizie saméj siebie, oparła czoło na ręce, a usta jéj poruszały się cichym szeptem:
— Dobra! nie, ja nie jestem dobra, ja jestem dwoista: dobra i zła, wesoła i posępna, poważna i szalejąca, myślą i pragnieniem w wyżynach, ciałem w nicestwie ziemskiém. Anioły i szatany zeszły się na walkę w piersi mojéj i wcielił się we mnie odwieczny myt dwóch sprzecznych potęg: dobrego i złego.
Niżéj jeszcze pochyliła głowę i machinalnie przebiegała ręką klawisze, które pod jéj dotknięciem zabrzmiały tonami jakichciś dzikich akordów. Te bolesne i jakby szydercze dźwięki na twarz jéj również szyderczo-bolesny wywołały wyraz. Umilkły klawisze i ręka kobiety upadła między fałdy jedwabnéj sukni.
— Ha — mówiła znowu — cóż nie jest dwoistém na świecie? Przejechałam wzdłuż i wszerz cały prawie świat oświecony, widziałam wiele rzeczy i znałam wielu ludzi, a wszystko było dwoiste i wszyscy byli dwoiści. Za każdém szczęściem kryje się niedola, bogactwo podszyte bywa nędzą moralną, piękne słowa kryją brzydkie myśli, pod uśmiechnętemi maskami, są zapłakane twarze. Człowiek jedną ręką dopełnia dobrego czynu, drugą występku, jedném okiem patrzy w niebo, drugiém w otchłań bezdenną, jednę połowę serca oddaje miłości, drugą nienawiści. Cóż na świecie nie jest dwoiste?...
Znowu umilkła i ręką przebierała klawisze, które tą razą ozwały się smutnie, ale łagodnie, błagalnemi, jakby miłosnemi akordy.
— Jest jednak na ziemi rzecz jedna nie dwoista — mówiła znowu, niby wsłuchując się w przebrzmiałe tony — jest jedno uczucie, szerokie jak świat, czyste jak niebo w poranku, szczere jak modlitwa dziecka: tą piękną, tą bez skazy i dwoistości rzeczą, jest prawdziwa, wielka, bezgraniczna miłość. Błogosławiony, kto ją czuć może, komu ona pierś oczyści ze wszystkich grzesznych tchnień życia, myśl podniesie ku szczytom cnoty i poświęcenia. Ale miłość taka istniejeż dla mnie? Czym jéj godna jeszcze? Czy w długich latach szałów i próżności nie rozsiałam, nie zmarnotrawiłam wszystkich skarbów tego serca, które niegdyś takie było młode, takie ciepłe, takie marzące?...
Westchnęła i znowu uderzyła w klawisze, które jeden już tylko akord wydały tą razą, ale przeciągły głęboki, jakby boleśnie pytający.
Po raz drugi ten sam uderzyła akord i, podniósłszy głowę, zawtórowała mu pytaniem: