Szukając wiary, miłości.
I gdy szyderstwo znajduję w łonie,
Próżnią i pustych win roje,
W odmęcie bólu myśl moja tonie
I wołam: gdzie serce moje?...
Zaledwie umilkła nuta smutnéj piosenki, gdy we drzwiach, z kilkoramiennym świecznikiem w ręku, stanęła Marylka. Strumień światła spłynął na salon i na siedzącą przy fortepianie kobietę i przejrzał się w dwóch grubych łzach, które po jéj przedziwnie białéj spłynęły twarzy.
— Wszystko już gotowe, proszę pani — ozwała się, stojąca na progu ze świecami w ręku, subretka. — Może się pani już zacznie ubierać na wieczór.
Po chwili, w wytwornym budoarze, pani Kameleon stała przed wielkiém zwierciadłem, które odbijało jéj postać od stóp do głowy.
Rozplecione włosy snopami ciemno-złotych promieni opływały białe fałdy muślinu, któremi się owinęła; przed nią leżała suknia z pajęczych koronek i wianuszek z róż i cyprysu, a obok zwierciadła, na tle ponsowego aksamitu, wiły się grube sznury pereł.
Piękna kobieta rozjaśniła czoło, oczy jéj błysnęły weselem, na ustach zawisł uśmiech zadowolenia. Z pomocą Marylki zaczęła misternie splatać swoje miękkie i wonne włosy, a wkrótce w budoarze brzmiała nuta lekkiego, wesołego walca.