Zakochane więc Konwaliusy śmiało boginiom swoim służyć mogą za owe pierwotnéj naiwności jaskółki czy gołąbki, pod skrzydełkami swemi przenoszące miłosne poselstwa. Poselskie gołąbki i jaskółki zaginęły już w pomroce zbiegłych wieków i naiwni wieszczowie coraz rzadsi są także. Typ ich jednak nie zaginął jeszcze całkiem, o, daleko od tego! Błąkają się oni śród tłumu śmiertelnych z blademi twarzami, długiemi włosy i ciągłą skargą na ustach. Olbrzymi potęgą swego wieszczego ducha, wyzywają do walki społeczność, jéj ustawy i przesądy; wyzywają do walki wszystkie moce ziemskie i piekielne, a gotowi są... uciec przed piérwszym lepszym budoarowym Fidelkiem, który zaszczeka na ich długą fizyonomią. Męczennicy najświętszych a zapoznanych przez ludzkość uczuć, noszą po świecie blady wyraz swego męczeństwa i mszczą się, tworząc wszędzie, gdzie się obrócą, męczenników....
I stało się dnia pewnego, że pan Karłowski wszedł do mieszkania swego chmurny i w złym humorze; z gestem zniecierpliwienia rzucił kapelusz na krzesło i, usiadłszy przy fortepianie, zdobiącym jego mały ale wytworny salonik, począł zeń wydobywać oderwane akordy. Wówczas wszedł lokaj, oznajmiając wizytę pana Pantaleona Kwiatkowskiego.
— Pantaleon Kwiatkowski? — powtórzył Cypryan, przypominając sobie, gdzie i kiedy słyszał to nazwisko. — A wiem, wiem, poeta! — i jakby nagła myśl przyszła mu do głowy, żywo dodał: — prosić, prosić!
— Słyszę dźwięki muzyki, — ozwał się uroczysty głos wchodzącego Konwaliusa, — a wieszcze moje ucho zgaduje, że to pan uprawiasz rolę wdzięcznéj siostry bozkiéj poezyi.
— Ja lubię muzykę — odparł, witając gościa Cypryan, — i gram trochę, a nawet często i z zamiłowaniem. Niechże pan siada.
— Tak, przeczułem, od piérwszego wejrzenia na oblicze pana, iż jesteś moim bratem duchowym, że muzy nie są ci obce; i ona to przeczuła...
— Kto to ona? — przerwał Cypryan.
— Ona, bogini, Kameleon...
— A więc pan widujesz panią Kameleon? — podchwycił Cypryan, któremu radość z oczu błyskała.
— Siedm już razy wschodziło słońce — odpowiedział poeta, wyciągając rekę i pływając nią w atmosferze, — siedm już razy wschodziło słońce od dnia owego, w którym ona czarodziejskiemi ustami swemi rzekła do Konwaliusa: pójdź i znajdź siedlisko pana Karłowskiego, a znalazłszy je, powiédz, że pani Kameleon chce ujrzéć go w progach swoich. I ja, bracie duchowy, przez siedm dni i siedm nocy szukałem ciebie, nim przyszła chwila nadziei, że wola jéj spełnioną zostanie.