W ten sam sposób nastąpił hymn do jesieni i hymn do zimy, które razem zawierały wierszy sześćset czterdzieści. Za każdą razą pan Karłowski wyciągał rękę do kapelusza; ale Konwalius łapał ją w drodze i, powtórzywszy: „a więc słuchaj!” pędził daléj na poetycznym rydwanie.
Cypryan lekko wybijał o podłogę takt jakiegoś mazura, nie był jednak tak zniecierpliwiony, jakby mu się to inną razą zdarzyło; wyraźnie myślał o czém inném a bardzo miłém, bo, nie słuchając hymnów poety, uśmiechał się, przesuwał rękę po swoich lśniących kędziorach i co chwila patrzył na zegarek, wskazujący dość wczesną jeszcze godzinę.
— Prześliczne! — zawołał, gdy nareszcie umilkł Konwalius i Cypryan mógł się domyślić, że się już skończył hymn czwarty; — co za kolosalną pan masz pamięć!
— Bracie duchowy! — wygłosił wieszcz — umiem na pamięć czterdzieści tysięcy wierszy, wyłonionych z moich głębin duchowych.
Tą razą Cypryan gwałtownie już i stanowczo pochwycił kapelusz.
— Panie szanowny! — zawołał — inną razą obficiéj mi udzielisz skarbów swojéj pamięci, a teraz pójdźmy do pani Kameleon, bo niedobrze jest, aby bogini czekała.
— Masz słuszność, bracie duchowy — odparł, ostatnim argumentem przekonany, wieszcz, — pójdźmy!
Po chwili obaj wyszli na ulicę, kierując kroki ku mieszkaniu bogini.
Pani Kameleon siedziała w salonie swoim na kozetce, z gazetą w ręku, smutna czy znudzona, bo piękne jéj brwi lekko były zsunięte i usta ułożone z wyrazem niezadowolenia. Ubrana była w suknią zupełnie czarną, z żałobnym paskiem i żałobną na szyi wstążeczką. W stroju kobiet często się odzwierciedla wewnętrzne ich usposobienie i Bóg tylko wié, jakie smętne myśli były w głowie pięknéj kobiety, gdy kładła na siebie to żałobne ubranie.
Lokaj kilka razy oznajmiał różne wizyty, a ona, nie odrywając oczu od szpalt dziennika, odpowiadała ciągle: nie przyjmuję! ale nareszcie, gdy sługa wygłosił: pan Pantaleon Kwiatkowski i pan Cypryan Karłowski — odsunęła gazetę i rzekła prędko: