— Prosić!
— O bogi! pani w żałobie! — zawołał wieszcz, na widok smutnego stroju kobiety, rzucając postać swoję w tył, a ręce w powietrze.
Ale piękna gospodyni domu nie zwróciła uwagi na patetyczny wykrzyknik i, wdzięcznie kiwnąwszy głową poecie, podała rękę Karłowskiemu i rzekła:
— Witam pana i cieszę się, że go tu widzę. Chciałam raz jeszcze mu podziękować za znalezienie mojego pierścionka.
Zasiedli około zarzuconego książkami i dziennikami stoliczka i, śród żywéj rozmowy, wizyta przeciągnęła się dłużéj niżby na to pozwalała ścisła etykieta.
Piękna pani była ożywiona, strzelała dowcipem i wiedzą, nić rozmowy prowadziła z łatwością, jaką daje bystry umysł i wielka w życie towarzyskie wprawa. Cypryan przeszedł téż siebie w dowcipie i właściwéj mu rzutności myśli, a ile razy sympatyczny jego uśmiech twarz mu ożywił, gospodyni domu z wyraźną przyjemnością spoglądała na niego swemi wielkiemi, pełnemi ognia, oczyma. Potém, gdy wieszcz wygłosił, że znalazł swego duchowego brata przy fortepianie, takim wdzięcznym gestem pokazała gościowi muzyczny instrument, że ten nie miał siły się oprzéć, usiadł przy nim i pokazał, że grał pięknie, z pojęciem i poczuciem sztuki. Potém znowu wieszcz najbłagalniejsze wyrzekł zaklęcie, aby pani Kameleon zaśpiewała, i pokazało się, że śpiewała umiejętnie, głos miała sopranowy, szeroki i wyrobiony, a w nim ogniste i namiętne tony, które wreszcie były i w mowie jéj, i w twarzy, i w całéj osobie. Pokazało się daléj, że i Cypryan miał piękny tenor i umiał śpiewać, rozłożyły się więc na pulpicie nuty jakiegoś duetu, którego zaśpiewanie odrazu wybornie się udało, a potém Cypryan sam jeszcze zaśpiewał piosenkę:
Mon Dieu! mon Dieu!
Comme elle est belle,
Avec ses yeux
Noirs si doux!