Gdyby jodły tamecznego ogrodu mówić umiały, mogły-by wiele ciekawych opowiedziéć rzeczy o pokoleniach, które z kolei u stóp ich żywot swój wiodły i kończyły. Zacząwszy choćby od dziada teraźniejszéj dziedziczki, opowiedziały-by, jak kasztelan jodłowski, w późnym wieku, doczekał się syna, dziedzica dóbr, imienia i ogólnéj estymy, jaką z dawien dawna cieszyła się jego rodzina. Radość ztąd była wielka, ale niestety krótka, bo oboje kasztelaństwo, nie doczekawszy dziesiątéj wiosny swego jedynaka, pomarli.
I opowiadały-by, gdyby mogły, stare jodły, jak potém młody kasztelanic wrócił z zamorskich krajów, w których się uczył, piękny, ognisty, odważny. Był on tak gwałtowny, że w przystępie gniewu strzelił raz do człowieka, a choć na szczęście chybiła drżąca od wewnętrznego wzburzenia ręka, toć ludzie długo zapomniéć nie mogli strasznego ognia, jakim w owéj chwili zapałały mu oczy i zapłonęła twarz cała. I był on tak namiętny, że młode kobiety nie mogły długo znieść jego spojrzenia, gdy patrzył na nie, jak żuzle palącemi oczyma. I był tak odważny, że największe niebezpieczeństwa go nie straszyły, nie zrażały najstraszniejsze przeciwności.
Lubił on na pół dzikim koniu uganiać się po polach i lasach, wtedy, gdy najgwałtowniejsze huczały burze, pioruny biły w szczyty odwiecznych drzew i wicher rozwiéwał mu nad czołem jego czarne, jak smoła, włosy. Lubił w samotnym ostępie sam-na-sam zmierzyć się z rozdrażnionym niedźwiedziem, albo pogrążyć się w falach bystréj i spienionéj rzeki, sięgając jéj głębi i po długiéj chwili wypływając na powierzchnią, z muszlą zdobytą na samém dnie wód.
Do kasztelanica zjeżdżali się liczni towarzysze i przyjaciele, młodzi i ogniści jak on. Wtedy nie tokaju już, ale szmpana płynęły potoki; w ścianach domu rozlegały się śpiewy rycerskie, miłośne i myśliwskie, a mimo ówczesnego zwyczaju, nigdy ani jeden nie roztworzył się stolik. Gdy raz któryś z gości napomknął o grze kartowéj, kasztelanic zsunął swoje czarne brwi i odrzekł:
— Ręka moja nie dotknie nigdy cudzych pieniędzy, a ze swojemi wolę uczynić to...
I łącząc czyn do słowa, wyjął z bogato rzeźbionéj szuflady garść złota i przez otwarte okno rzucił je ludziom, ścinającym murawę dziedzińca.
Gwarne te sceny nie często jednak powtarzały się w Jodłowéj, bo kasztelanic długie nieraz odbywał podróże, a i w domu zamykał się niekiedy samotnie, całe dni i wieczory zimowe przesiadując w sali, któréj ściany zawieszone były portretami jego przodków. Przed ogniem, trzaskającym na dużym staroświeckim kominie, z książką w ręku, siadywał on godziny całe, a oczy błądziły po rycerskich twarzach i postaciach pradziadów. Przy czerwonych błyskach płomieni, portrety zdawały się drżéć, strzelać oczyma i występować z ram. Z rąk kasztelanica wypadała wtedy książka, czoło jego zachodziło posępną chmurą i pierś wznosiła się ciężkiém westchnieniem. A im dłużéj wpatrywał się w portrety, tém głębszy żal, tém gwałtowniejsza rozpacz zdawała się go ogarniać; aż zrywał się, klaskał w dłonie na służbę i rozkazywał osiodłać czarnego sułtana, o białéj na łbie strzale, wsiadał na konia i o zmroku leciał przez pola, wichrami gnany, niby czarny duch niepokoju. I dopiéro, gdy nad głową jego zaszumiał las i zamigotały gwiazdy, zwalniał bieg konia.
Po takich fantastycznych wycieczkach wracał znowu do portretowéj sali i długo w noc służba słyszała jego równe kroki, ale nie widziała, jak, oświetlona gasnącym ogniem kominka, dumna postać jego zginała kolano przed rycerskiemi twarzami naddziadów.
Po kilku tygodniach takich rozmyślań i targań się niespokojnego ducha, zrywał się znów do lotu, opuszczał na długo Jodłową, i tylko echa z dalekich stron donosiły mieszkańcom jéj okolicy, jak gdzieś na świecie kasztelanic słynął ze swych szaleństw, z których jedne dotykały najwyższych szczytów bohaterstwa, inne podobne były do zbrodni. Jedne z tych szaleństw czyniły go sławnym Lovelasem stolic, inne jeszcze rycerskim Bayardem, broniącym niewinności i cnoty, albo rozrzutnym Epikurejczykiem, ścielącym różami posadzki swoich salonów i rzucającym złoto w żebrzące tłumy.
A wszystko razem stanowiło tło człowieka o namiętnościach gorących jak lawa wulkanu, o porywach szlachetnych, aż do poświęcenia i gwałtownych, ale nigdy nizkich lub brudnych. Rozważni ludzie, patrząc na niego i słysząc o nim, mawiali, iż był to piękny i szlachetny człowiek, miotany krwią płomienną i niespokojnym, szalonym duchem.