Raz z jednéj takiéj podróży, wrócił do Jodłowéj już nie sam jeden. Przyjechała z nim młoda i bardzo piękna kobieta, o białém jak śnieg licu, kruczych włosach i dużych, ciemnych, łagodnych oczach. Była to jego żona.
Zaklęty mocą piękności i anielskiéj dobroci młodéj dziewicy, na parę lat uspokoił się burzliwy duch kasztelanica. Latem, twarz Hanny, jak biała róża, zakwitła w mrocznych alejach ogrodu, gdy przechadzała się z mężem, z głową na jego ramieniu opartą; w zimie głos jéj srebrzysty rozlegał się łagodnie w portretowéj sali, gdy, przy świetle kominkowego ognia, czytała mu ulubione jego rycerskie epopeje a on w swéj dłoni pieścił wtedy i muskał jéj długie, czarne warkocze, któremi przez dziecięcą swawolą owijała mu, niby lśniącemi wężami, szyję, pierś i ramiona.
Ale po dwóch czy trzech latach, demon kasztelanica pognał go znowu z domowéj ustroni w świat gwaru i tłumów, a stare jodły widziały smukłą i bladą kobietę, samotnie przechadzającą się pod ich cieniem i z załamanemi rękoma stającą u stóp posągów, ze wzrokiem wpatrzonym w głębie wód, jakby w nich szczęście swoje stracone odnaleźć chciała.
Lecz nie wraca, nie wraca szczęście, gdy raz od człowieka odleci! Nie odszukać go ani w błękicie niebios, ani w głębinach wód, a chyba tylko odtworzyć je można, skrwawione i męczeńskie, we własnéj piersi, w bezsamolubném, wielkiém jakiém uczuciu.
To téż ani błękit niebios, ani wód głębiny, ani szum lasów, w których dosłuchiwała się echa od swoich stepów rodzinnych, nie wróciły Hannie minionego szczęścia. Mąż jéj szalał znowu, porwany szatańskiemi potęgami krwi swojéj i ducha, wracał zaś do niéj niekiedy żałujący i czuły, ale chmurny i posępny, a nigdy nieuspokojony.
Lecz odtworzyła ona w saméj sobie smutne, ale piękne i bohaterskie, szczęście wewnętrzne. Tłem szczęścia tego były dwa uczucia: bezgraniczna litość dla wszystkiego co cierpiało i miłość macierzyńska. Hanna miała córkę; Klotylda urodziła się w rok po przybyciu jéj do Jodłowéj.
Wzrastało dziecię, nie znając prawie ojca, ale wzrok matki łzawo nieraz i trwożnie spoczywał na niém, bo twarz dziewczęcia była istnem jego portretem. Ludzie przesądni mawiali: będzie szczęśliwa, bo podobna do ojca; a matka drżała na te słowa i łzy połykała tajone, bo ona jedna tylko może na świecie wiedziała, jak wiecznie nieszczęśliwym, wiecznie miotanym i rozdartym na dwoje przez złe i dobre moce, był kasztelanic.
Oczy Klotyldy były, jak u ojca, wielkie, pałające, zmieniające barwę w miarę wzruszeń wewnętrznych; brwi jéj, jak jego, zginały się dumnie i energicznie regularnym zarysem; usta kształtne, wilgotne, były namiętne. Uniesienia miewała te same, tę samę fantastyczność pomysłów, gwałtowność żalu lub radości, miłości czy gniewu, i tę samę brzydzącą się fałszem i wszelką nizkością prawość i dumę rycerską. Tylko z duszy Hanny przelała się w jéj serce wielka miłość dla biednych i cierpiących, i ujmująca słodycz obejścia się z otaczającymi, przed którą, im starsza była, tém więcéj ustępowały wybuchy gniewu, odziedziczone po ojcu.
Hanna troskliwie pielęgnowała w córce dobre zarody, a starała się tłumić popędy groźne. Wcześnie przyzwyczajała ją do dziękczynień i błogosławieństw ludzkich, dając jéj możność zasmakowania w zadowoleniu, płynącém z pełnienia dobrych czynów. Kwiatami i poezyą pragnęła zmiękczyć zbytnią energią, nauką ochłodzić ognistą wyobraźnią dziewczęcia, spokojem i słodką macierzyńską pieszczotą ukołysać ducha, który w dzieciństwie już zapowiadał burze przyszłości.
Trudne to było zadanie; może-by jednak moc macierzyńskiego serca zwyciężyła w łonie ukochanego dziecka złe, które w nie z krwią ojcowską spłynęło, ale niestety! Klotylda zaledwie dziesiąty rok kończyła, gdy jodły stare, smutnie wstrząsając ciemnemi szczyty, patrzyły na orszak pogrzebowy, towarzyszący trumnie Hanny. Cierpienia życia zbyt wielkim ciężarem przygniotły żonę kasztelanica; gasła ona stopniowo, powoli, i tak, jak żyła, słodka, cierpliwa, nie o sobie myśląca — skonała, martwiejącą ręką przyciskając do piersi głowę Klotyldy.