W przeddzień walki, kasztelanic wskazał przyjacielowi rozpłakaną córkę i dodał:
— Jeżeli umrę, powierzam ci ją, Edwardzie. Odwieź ją do kraju, do Jodłowéj; niech się tam po mnie mogiłą matki pocieszy.
I wtedy tylko, gdy żegnał ukochane dziecię, głos mu zadrżał i po hardém czole przebiegła chmura głębokiéj boleści.
Po śmierci kasztelanica, Edward Warski, chorą z rozpaczy Klotyldę odwiózł do kraju i opiekował się nią, tak umiejętnie i zręcznie, iż, mimo niestosowności wieku, zapanował nad wyobraźnią i wrażliwą naturą dziecka i został wkrótce jéj mężem. Powiadano ogólnie, że towarzysz zabaw młodości kasztelanica mniéj był rozkochany w jego córce, niż w dobrach, które odziedziczyła. Bądź co bądź, po dwóch latach dość smutnego pożycia, rozstali się z sobą na wieki: śmierć, zabierając ze świata pana Warskiego, dała im rozwód.
Wtedy ośmnastoletnia wdowa ukazała się w Jodłowéj tylko dla urządzenia majątkowych spraw swoich, poczém wionęła w świat i, jak dawniéj o jéj ojcu, tak potém o niéj, do stron rodzinnych dochodziły wieści, na których odgłos, znający ją w dzieciństwie ludzie podnosili ramiona, mówiąc:
— Krew ojca przeszła w jéj żyły.
Ale wszyscy biedni z okolic Jodłowéj, włościanie, oficyaliści, starzy słudzy jéj rodziców, o których nie zapomniała śród szałów i zabaw nawet swoich, którymi opiekowała się i których obdarowywała, wszyscy ci ludzie mawiali:
— Serce matki w niéj się odrodziło.
Tymczasem dwór jodłowski, choć opuszczony przez dziedziczkę swoję, utrzymywany był wytwornie, z najwykwintniejszą starannością. Klotylda Warska dzierżawcę swego, pana Dembowskiego, poczciwego szlachcica, o zapaśnéj kieszeni, sumiastym, siwym wąsie i stentorowym głosie, zobowiązała kontraktem do najściślejszego dozorowania każdego zakątka dworu i zachowywania go w tak porządnym i pełnym smaku stanie, w jakim zostawił go jéj ojciec. Pan Dembowski, rzetelny i uczciwy do drobiazgowości, sumiennie spełniał polecenie dziedziczki; więc, lubo sama pani była w Paryżu, we Włoszech, czy w Warszawie, dwór jéj roił się mnóztwem lokajów, ogrodników, woźniców; w domu woskowane posadzki salonów jak szkło błyszczały, w ogrodzie i cieplarniach kwitły przepyszne kwiaty, a w stajniach rżały starannie karmione i doglądane wierzchowce i powozowe konie. Wydatkom tym wszystkim, podobnie jak znacznym potrzebom pani Warskiéj, wystarczała Jodłowa i kilka innych, należących do niéj, a sławnych urodzajnością, folwarków.
Na drugim dziedzińcu, oddzielonym od mieszkalnego domu i dworskich oficyn żelazném otoczeniem i nieprzejrzaną prawie ścianą jodeł, w szarym domu, przeznaczonym na mieszkanie dzierżawcy, schludnie było i porządnie, bo pan Dembowski lubił ład, a żona jego dobrą była gospodynią, ale skromnie i po szlachecku. W obszernych i wygodnych pokojach posadzki nie woskowane były, ale czerwono malowane; przed kanapami z jesionu stały stoły, pokryte siatkowemi serwetami domowéj roboty; w rogach bawialnego pokoju, na staroświeckich etażerkach, rozstawione były różnokształtne filiżanki z podejrzanéj porcelany, albo bukiety z włóczkowych, także domowéj roboty, kwiatów, chronione od pyłu szklanemi, wzdłuż i wszerz pękniętemi, kloszami. Na oknach, zamiast pomarańcz i kamelii, zdobiących dworski ganek, za firankami z białego muślinu, kwitły miesięczne różyczki, rezeda i pelargonia, a niekiedy tylko, wyniesiona z cieplarni, ukazywała się wonna datura, albo wspaniała hortensya, nielubiana przez samę panią Dembowską, bo mówiono, że kłótnią w dom wnosiła.