Kasztelanic uśmiechał się, w oczach migotały mu smutne blaski, brał dziecię na kolana i mówił:
— Klotyldo, żądasz dwóch rzeczy, które stać się nie mogą: umarli nie wstają z grobów i gwiazdy nie zstępują nigdy na ziemię.
Wtedy pierś dziecka podnosiła się łkaniem gwałtowném.
— Czego płaczesz? — pytał ojciec.
— Chcę matki mojéj i gwiazdy — odpowiadała Klotylda.
Kasztelanic składał ją płaczącą na miękkich kobiercach, a sam, stojąc nad nią i patrząc na konwulsyjne podnoszenie się jéj piersi, mówił:
— Dziecię, ty nigdy szczęśliwe nie będziesz, bo masz moję naturę. Jam także przez życie całe z grobu wywoływał umarłą i goniłem za gwiazdą jakąś, przeczutą a niedościgniętą.
Wszyscy i wszystko wkoło Klotyldy korzyło się przed jéj wolą. Słudzy i domownicy myśli jéj w spojrzeniach czytać pragnęli, bo każda chmurka na czole dziecka wywoływała błyskawice gniewu w oczach pana Jodłowéj, a gniew ten straszny był wszystkim. Lecz posłuszeństwo dla Klotyldy nie trudne im było, po matce bowiem odziedziczyła ona nieskończoną dobroć dla podwładnych i niższych od siebie, a otaczający ją mawiali: Będzie tak dobra, jak nieboszczka pani.
Mimo całéj namiętnéj miłości dla swéj córki, kasztelanic nie mógł dłużéj pozostać w Jodłowéj. Zwyczaj, który mu przeszedł w naturę, wewnętrzny jakiś ogień trawiący, a może i wyższe jakieś cele gnały go w świat. Był możnym, rozumnym, energicznym, a głowa jego wrzała myślami i pierś płonęła pragnieniem, które się w Jodłowéj pomieścić nie mogły.
Klotylda kończyła lat czternaście, kiedy po raz piérwszy opuściła z ojcem Jodłową, a w rok potém wszystkie prawie europejskie dzienniki opisywały szczegóły strasznego w Medyolanie pojedynku między kasztelanicem i francuzkim markizem, pojedynku, w którym piérwszy z nich poległ.