— Prawda, że ona bardzo akuratna, mosanie tego.
— Rychtyk, jak zegarek. Co w tém, to poszła po ojcu; już kiedy, bywało, co powié, to jak amen w pacierzu, choćby pioruny biły, tak musi być i koniec.
Z dala, łagodny wietrzyk wiosenny, przyniósł odgłos pocztowego dzwonka.
— Ot, jedzie! — zawołał Dembowski, i zaczął nasłuchiwać.
— Jedzie! — zawtórował sługa, i słuchał także.
Ale im bardziéj zbliżał się dzwonek, tém większy wyraz rozrzewnienia zalewał twarz starego Ignacego. Słuchał i mrugał oczyma, posłuchał jeszcze i zagryzł siwego wąsa. Dzwonek był tuż, tuż blizko bramy. Ignacy skrzywił się potężnie i wierzchem ręki pociągnął po zwilgotniałych oczach.
Dembowski patrzył na niego i zaśmiał się swoim rubasznym, głośnym śmiechem.
— A cóż to, mosanie tego! — zawołał — cebuli powąchałeś, Ignacy, że ci łzy płyną z oczu?
— Oj, nie cebuli powąchałem, ale stare czasy przypomniałem — odparł Ignacy. — Przecież to ja jéj ojca na ręku nosiłem i ją widziałem w kołysce, i trumnę nieboszczki pani, het tam, na górę niosłem. Ja jéj nigdy nie mogę widzieć bez łez; taka to już moja natura.
— A ja znów — odpowiedział dzierżawca — jak patrzę na panią Warską, to mi wszystkie uśmiechy z serca na usta lézą, mosanie tego. Taka śliczna! taka miła! Ej, Boże odpuść... nie dziwić się tym ludziskom, co to tam za nią, na wielkim świecie, łby tracą!