— Ej tracą, tracą! co tam tracą! — nierad z téj wzmianki, zamruczał Ignacy. — Czy to właśnie wierzyć ludzkim plotkom? Kto miał łeb, to go nie stracił, a kto miał tylko połowę, to i niewielka szkoda. Co to tracą! jak tracą! A żeby i tracili, czy to jéj wina? czy ona może im zabronić, czy co? Ot, piękna i dobra, jak anioł, i kwita!
Nadjeżdżający powóz przerwał gderanie Ignacego, który ujmował się za dobrą sławą swéj pani. W bramę wjeżdżała sześciokonna kareta i szybkim kłusem podjechała pod ganek. W mgnieniu oka Ignacy otwierał już drzwiczki powozu, a pan Dembowski, z barankową czapką w ręku, stał na piérwszym schodzie ganku.
Z powozu wysiadła pani Warska, w czarnéj sukni i kapeluszu z czarną koronkową zasłoną, a za nią wyskoczyła jéj ulubiona i nieodstępna sługa, Marylka.
Wysiadając, Klotylda uśmiechem i skinieniem głowy powitała Ignacego, potém, ujrzawszy dzierżawcę Jodłowéj, żywo postąpiła kilka kroków i, podając mu obie ręce, rzekła głosem, w którym dźwięczała serdeczna uprzejmość:
— Witam pana. Takem już zatęskniła do Jodłowéj i do państwa tu wszystkich, żem przyjechała nareszcie, i to na parę miesięcy.
Pan Dembowski poniósł do ust obie śliczne rączki, a ściskając je w swoich grubych i ciemnych dłoniach, zawołał:
— Witamy, witamy panią dobrodziejkę! ho, ho, ho! mosanie tego!
W miejscu, gdzie między oranżeryą i domem przerzedzały się nieco gałęzie jodłowe, z za nizkiego otoczenia wyglądały na dworski dziedziniec trzy jasnowłose, o rumianych policzkach, głowy, i śród zmroku błyskały błękitne perkaliki trzech córek pana Dembowskiego.
— Czy widzisz, czy widzisz ją? — szeptała najstarsza Elżunia, przechylając się na wszystkie strony, aby lepiéj ujrzéć panią Warską.
— Widzę, widzę! — odszepnęły dwie inne.