— Ot i poszła!...
— Szkoda!
— Jutro ją pewnie zobaczymy.
— W przeszłym roku była u nas, zdaje się, trzy razy.
— Nie, dwa i to zawsze na chwilkę, bo pamiętasz, że mama zaraz po jéj wyjeździe wyjechała z Magdzią na całe lato do ciotki Lipowskiéj.
Rozmawiając w ten sposób, dziewczęta odeszły od ogrodzenia dworskiego dziedzińca i zaczęły przechadzać się przed gankiem swego mieszkania, wkoło dużego klombu z różanych i bzowych krzewów.
— Dziwna rzecz — ozwała się Magdzia — czemu pani Warska ciągle nie mieszka w Jodłowéj? Tu tak pięknie! Mój Boże, gdybym ja miała taką Jodłową, nigdy-bym jéj nie opuszczała.
— Ej, co ty wiész! — odpowiedziała Elżusia — czyś ty kiedy widziała wielki świat? Ja, jak byłam dwa miesiące w Wilnie, u ciotki Kaczyńskiéj, to widziałam z daleka, jak tam panowie pięknie kłaniają się i mówią, a panie zawsze w aksamitach i atłasach, ciągle tańczą, jeżdżą z wizytami, słuchają muzyki, albo patrzą na teatr i cóż dziwnego, że pani Warska, taka piękna, taka bogata, woli żyć na tym wielkim świecie, niż w Jodłowéj.
— I cóż tam jéj tak bardzo miłego daje ten wielki świat? — zarzuciła znów Magdzia.
— Bawi się dobrze i basta! — zadecydowała Antosia.