— Cóż tam ludzie mówią?

— Że okrutna z niéj bałamutka.

— A mnie się zdaje — rzekła Magdzia — że choć pani Warska i bogata, i, jak mówią, bałamutka, dlatego pana Lucyana pokochać może.

— A cóż-byś ty na to powiedziała, Magdziu? — figlarnie spytały siostry.

Magdzia milczała przez chwilę, aż odrzekła:

— Jeżeli-by pan Lucyan był przez to szczęśliwy, poszła-bym piechotą do Ostréj Bramy, podziękować Matce Bozkiéj.

— Panienki! panienki! proszę na kolacyą! — zawołała służąca, z fartuchem u pasa i w chustce na głowie, niosąca przez dziedziniec z kuchni ku gankowi wielką salaterkę, z któréj rozchodził się zapach zawijanych zrazów.

Panienki szybko pobiegły ku domowi, bo wiedziały, że ojciec nie lubił czekać, i gdy mu się to kiedy zdarzyło, gdérał straszliwie.

Zaledwie weszły do jadalnego pokoju, w którym, koło nakrytego i jedną świécą oświetlonego stołu, stały proste, czerwono malowane krzesła, z innych drzwi wszedł pan Dembowski.

— Cicho, dziewczęta! — rzekł — matka niezdrowa, położyła się.