— To prawda, a jakie ma piękne oczy! — zawtórowała Antosia.
— Tak, ale czyż to on patrzy na nas? — zauważyła Elżusia.
— Alboż to koniecznie trzeba, żeby zaraz i patrzył — zarzuciła najmłodsza. — Wiadomo, że my jesteśmy biedne wiejskie dziewczęta, w domu wychowane, że nic nie umiemy, nic nie znamy. O czém-że on będzie z nami mówił i dlaczego miał-by się nami zajmować, kiedy jemu czego innego trzeba? Ale zawsze można przyznać, że takiego dobrego i miłego człowieka, jak on, chyba niéma na świecie.
— Ach, wiecie, co mi przychodzi do głowy? — zawołała Elżusia — jak on pozna panią Warską i pani Warska jego...
— To i cóż będzie?
— To się pewno pokochają.
— A może... — bardzo cicho szepnęła Magdzia.
— A to-by szkoda było pana Lucyana — rzekła Antosia.
— A toż czemu? owszem, śliczna-by z nich dwojga była para.
— Ej, albo-by to pani Warska wyszła za niego? — rozumowała daléj Antosia. — Prawda, że jest piękny, dobry i rozumny, ale biedny, i to tylko ma, co zapracuje, a ona bogata i mówią ludzie...