— A toż. Pchła!
A czarne jak węgle oczy nad wielką ręką błyszczały, śmiały się, po chichoczących dziewczętach z tryumfem spoglądały. Drugą ręką po kryjomu obejmował kibić Hanulki granatowym kaftanem ściśniętą.
Przybyły, obok milczącej Jelenki siedząc, zagadek i towarzyszących im żartów słuchał ze szczególną pilnością i ciekawością. Dłonie na kolanach oparł i cały naprzód pochylony uśmiechać się zaczął, naprzód słabo i niewyraźnie, potem coraz szerzej i jakby rozkoszniej. Ile razy u komina wymówiono rozwiązanie jednej z zagadek, głową ruch potwierdzający czynił: komuś, kto by na niego patrzał, zdawać by się mogło, że wszystko, co tam mówiono, było mu dobrze znanym, tylko zapomnianym zostało i przypominało się teraz, przypominało natarczywie, rój wspomnień za sobą wiodąc. Nikt przecież w tej chwili uwagi na niego nie zwracał; wkrótce też i sam uśmiechać się przestał, na sąsiadkę znowu spojrzał.
— Czemuż ty tam nie idziesz bawić się ze wszystkimi? — zapytał.
Wraz z niemowlęciem kołysząc się to w tył, to naprzód, odpowiedziała:
— Nie chcę... Niechaj sobie bawią się zdrowi!
— A mówiłaś, że dobrze ci żyć... to czegóż smutno? Musi Aleksy niedobry, a? Pewno niedobry? Musi tak już w rodzie u nich, że wszyscy niedobrzy?
Z chciwą ciekawością w młodą kobietę oczy wlepił. Ona nie na niego, ale w przestrzeń patrząc i kołysać się nie przestając, odpowiedzała:
— Ej, nie. I Aleksy dobry, i wszyscy dobrzy, tylko ja nadto Mikołajka mego odżałować nie mogę...
— Jakiego Mikołajka?