— To prawda — powiedział Stefan i wstał.
Wyszedł z domu, a Maheude, położywszy Stelkę na dwu zsuniętych krzesłach, poprawiła ogień na kominie. Może Maheu złapie rybę, to się sprzeda i ugotuje zupy.
Noc zapadła mroźna, czarna. Stefan szedł smutny i zniechęcony. Nie gniewał się już na Chavala, żal mu było tylko biednej brutalizowanej dziewczyny. Ale po chwili zbladła mu w pamięci ta scena, zlała się z ogólnym obrazem strasznego położenia. Kolonia bez chleba, dzieci, kobiety głodne, wszyscy ci ludzie walczący uparcie a pozbawieni środków do życia. Wątpliwości dawniejsze opadły go znowu, silniejsze, bardziej bolące wśród czarnej nocy. Czyż zagrzewać do dalszego oporu wobec braku chleba i kredytu? I cóż się stanie, jeśli pomoc nie nadejdzie, a głód złamie męstwo? Ujrzał okropności końca, dzieci umierające, łkające matki i bladych mężczyzn wracających do pracy. Szedł i potykał się gnany myślą, że Kompania wygra, a on winien będzie nędzy towarzyszy pracy i niedoli.
Podniósł głowę, stał przed Voreux. Czarne masy budynków zdawały się rosnąć w niebo. Stojącemu na podwórzu zdawało się, że jest to jakaś stara, opuszczona twierdza. I czemuż ma zwyciężyć w tej walce pracy z kapitałem? Zwycięstwo w każdym razie drogo opłaci. Ogarnęła go znowu żądza walki, skończenia z tą nędzą, choćby za cenę życia. Wszystko jedno, czy zginąć od razu, czy mrzeć pokoleniami całymi przez wieki. Przychodziły mu na myśl rzeczy, o których czytał, przykłady mieszkańców podpalających miasto, by nie wpadło w ręce wroga, matek rozbijających głowy swych synów o bruk, byle nie dostali się do niewoli, mężczyzn ginących z głodu, nie chcących mimo to tknąć chleba tyrana. Wszystko to gdzieś znalazł w książkach i bezkrytycznie, nie przetrawiwszy, stosował do chwili obecnej. Poweselał, znikł czarny pesymizm wątpliwości, pozostał tylko wstyd, że mógł zwątpić. Ogarnęła go też zaraz duma wraz z powrotem wiary w przyszłość. Będzie przywódcą, którego się słucha, ponosząc nawet ofiary. Począł marzyć o potędze swej i bliskim tryumfie, a fantazja nasunęła mu obraz cudny. Ujrzał siebie u szczytu władzy, składającego tę władzę w ręce ludu.
Drgnął, zbudził go głos Maheua. Górnik wesoło opowiedział mu o swym szczęściu. Udało mu się złapać prześlicznego pstrąga, za którego dostał trzy franki, nie pójdą więc spać bez kolacji. Odszedł ku kolonii, a Stefan obiecał, że zaraz przyjdzie, i poszedł prosto pod Nadzieję. Siedział i czekał, póki nie wyjdzie ostatni gość, a potem oświadczył szynkarzowi kategorycznie, że natychmiast napisze Pluchartowi, by przyjeżdżał. Powziął postanowienie zwołania wielkiego, tajnego zgromadzenia i był pewny zwycięstwa, gdy tylko górnicy przystąpią masowo do Międzynarodówki.
IV
Zwołano zgromadzenie w Bon-Joyeux u wdowy Désir na czwartek, godzinę drugą po południu. Wdowa oburzona była na nędzę, w którą pogrążono jej dzieci, tj. górników, i nie przestawała kląć zwłaszcza od czasu, kiedy jej lokal opustoszał. Żaden strajk nie odbywał się jeszcze tak na sucho, nawet nałogowi pijacy siedzieli po domach, by nie sprzeniewierzyć się wydanemu hasłu. Szerokie ulice Montsou zatłoczone ludźmi czasu świąt górniczych puste teraz były, nieme i smutne. Piwo przestało lać się z beczek i brzuchów, a ścieki uliczne wyschły całkiem. W progach gospód Casimira i pod Postępem stali szynkarze pobladli, patrząc na puste ulice, na których nie było żywego ducha od Café Lenfant do Café Tison i od Café Piquette aż po gospodę Pod trupią głową. W jednej Café St. Eloi, gdzie przesiadywali dozorcy, szło po kilka kufelków dziennie. Opustoszał, o dziwo, nawet Wulkan, a damy tej instytucji strajkowały też z braku wielbicieli, choć przy tych złych czasach chętnie by były przyjęły zniżkę płac z dziesięciu na pięć sous. W całym mieście zapanowała żałoba.
— Do stu tysięcy! — wrzeszczała wdowa, bijąc się obiema rękami po biodrach. — Wszystkiemu winni żandarmi! Niech mnie wsadzą do furdygi, i tak nie przestanę twierdzić, że żandarmi winni!
Zwała tak wszystkie władze, urzędników, tą pogardliwą nazwą obejmowała w ogóle wszystkich wrogów ludu. Z radością zgodziła się oddać salę na zgromadzenie. Cały jej dom jest do użytku górników, oddałaby nawet salę balową i sama rozniosła uczestnikom zaproszenia imienne, jak chce ustawa. A jeśliby miało się dziać coś wbrew ustawom, to jeszcze lepiej! Niech no się który żandarm zjawi... pogada sobie z nimi po swojemu. Nazajutrz przyniósł jej Stefan pięćdziesiąt listów do podpisania. Listy te z listu jego przekopiowali umiejący pisać górnicy kolonii... Zawierały wezwanie na zgromadzenie, na którym będzie dyskusja co do dalszego prowadzenia strajku. W gruncie rzeczy jednak spodziewano się Plucharta i tego, że po jego przemówieniu górnicy masowo przystąpią do Międzynarodówki. Rozesłano je do różnych kolonii robotniczych, do delegatów i w ogóle ludzi pewnych.
Rano we czwartek ogarnął Stefana niepokój, gdyż dawny przełożony jego z Lille nie przyjechał, mimo że telegramem zapowiedział swe przybycie w środę wieczorem. Cóż się stało? Stefan był zrozpaczony, że nie będzie mógł rozmówić się z Pluchartem przed zgromadzeniem. O dziewiątej poszedł do Montsou przypuszczając, że może tam od razu zajechał, nie zatrzymując się w Voreux.