Teraz Stefan zarumienił się. Dwaj przeciwnicy przestali krzyczeć, słowa ich stały się za to ostre jak strzały. Dotknęli kwestii rywalizacji swej, to jest tajemnej sprężyny, która jednego pędziła w dziedzinę najskrajniejszych fantazji społecznych, a drugiego w biegunowo przeciwnym kierunku zimnej, wyrafinowanej przebiegłości. Obaj poszli dalej, jak zamierzali, grali role, tym niebezpieczniejsze, że nie obrali ich sobie sami, ale narzuciło im je współzawodnictwo. Toteż na dziewczęcej twarzy Souvarina pojawił się wyraz pogardy, głębokiej niemej pogardy człowieka, który wyrzekając się sławy męczennika, gotów każdej chwili dać życie za umiłowaną ideę.
— To do mnie pite? Więc zazdrościsz mi, widzę? — rzekł Stefan.
— Zazdroszczę? A czegóż bym miał zazdrościć ci? — odparł szynkarz. — Przecież ja nie pnę się w górę, nie chcę zakładać sekcji w Montsou na to, by zostać jej sekretarzem.
Stefan chciał mu przerwać, ale Rasseneur mówił dalej:
— Nie owijaj rzeczy w bawełnę, mój drogi! Przyznaj, że w gruncie rzeczy zgoła cię nie obchodzi ta cała Międzynarodówka, ale pałasz żądzą stania na czele nas, bawienia się w pana, korespondowania ze sławetną Radą Związku Północnego.
Zapanowało milczenie. Stefan dygotał z gniewu. Po długiej chwili począł wreszcie:
— Mniejsza z tym. Zdaje mi się, że nie masz mi nic do zarzucenia. Zawsze pytałem cię o radę, wiedząc, że działałeś na tym gruncie przede mną. Ale teraz, gdym się przekonał, że nie możesz znieść nikogo obok siebie, pocznę działać na własną rękę. Więc przede wszystkim racz przyjąć do wiadomości, że zgromadzenie odbędzie się, choćby Pluchart nie przybył, i że górnicy przystąpią do Międzynarodówki, choćbyś stanął na głowie.
— Przystąpią... przystąpią! — drwił Rasseneur. — Nie jest to naprzód tak całkiem pewne, a po wtóre trzeba ich skłonić, by zapłacili składkę.
— Wcale nie. Rada naczelna nie będzie nagliła. Zapłacimy potem, a pomoc otrzymamy natychmiast.
Rasseneur wpadł w gniew.