— Ano, zobaczymy! Wiedz, że stawię się na tym twoim zgromadzeniu i przemówię. Tak... nie pozwolę, byś moim przyjaciołom zawracał głowy, objaśnię ich, jakie są ich własne interesy. Zobaczymy, za kim się oświadczą, czy za mną, który tu działam od przeszło trzydziestu już lat, czy za tobą, któryś w ciągu niespełna roku wszystko przewrócił do góry nogami. Tak, tak... zmierzymy się i zobaczymy, który którego połknie.
Wyszedł, tak zatrzaskując drzwi za sobą, że zadrżały aż festony róż na powale, a tarcze herbowe z imionami świętych uderzyły o ścianę. Potem w wielkiej sali zapanowała cisza.
Souvarine, jakby nic nie zaszło, siedział przy stole i palił papierosa. Stefan chodził tam i na powrót zamyślony. Po chwili wybuchnął. Cóż za fatalność, że ten gruby próżniak rozpoczyna z nim teraz walkę zamiast współdziałać. Zastrzegał się przeciw temu, jakoby czyhał na popularność. Stało się to jakoś samo, sam nie wie jak. Mimo woli zyskał przyjaźń całej kolonii, ufność górników i wpływ na nich. Oburzał się na przypuszczenie, jakoby miał dla zaspokojenia ambicji własnej innych spychać w nędzę, bił się w piersi, przysięgał, że jego intencje są i były czyste. W końcu stanął przed Souvarinem i rzekł:
— Słuchaj, gdybym przypuszczał, że z mojej przyczyny miałaby się przelać choćby kropla krwi, dziś jeszcze ruszyłbym do Ameryki.
Maszynista wzruszył ramionami i uśmiechnął się:
— Krwi? — mruknął. — I czemu by nie? Ziemia krwi łaknie.
Stefan uspokoił się, wziął stołek, usiadł po drugiej stronie stołu i pochylił się ku Souvarinowi. Pociągała go mimo woli ta twarz okolona jasnymi włosami, te oczy łyskające teraz krwawo. Milczał, a Stefan wpatrywał się weń, czując jego magnetyczny wpływ.
— No, i cóż byś uczynił, na moim będąc miejscu? Czyż nie należy działać? Najlepiej przyłączyć się do związku... prawda?
Souvarine puścił kłąb dymu i począł:
— Głupstwo!... Zresztą... niech i tak będzie... to początek... Niezadługo Międzynarodówka rozwinie się. On poczyna się nią zajmować.