— Tak, tak! Zemsta! Zemsta!
Ruchem ręki nakazał milczenie. Począł mówić o strajku. W zasadzie nie był za strajkami. Jest to środek działający zbyt powoli, a przy tym sprowadza na robotnika zazwyczaj wiele złego. Nim jednak nastąpi coś lepszego, strajkować trzeba, gdyż jest to rzeczą nieuniknioną, a kapitał ponosi przy tym także znaczne straty. Międzynarodówka była zawsze Opatrznością dla strajkujących, dawał przykłady. I tak na przykład, kiedy w Paryżu zastrajkowali brązownicy, pracodawcy zgodzili się od razu na wszystkie żądania, dowiedziawszy się, że Międzynarodówka przysyła strajkującym pieniądze. Dalej w Londynie Międzynarodówka uratowała górników, odesławszy na swój koszt przybyłych umyślnym pociągiem, sprowadzonych przez kapitalistów robotników belgijskich. Wystarczy przystąpić, a pracodawcy zadrżą, gdyż robotnicy wejdą tym samym w skład olbrzymiej armii pracy, której hasłem jest: Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, armii ludzi zdecydowanych raczej na śmierć niż jęczenie w niewoli kapitału.
Przerwały mu okrzyki zapału. Ocierał pot z czoła, odsuwając zarazem szklankę, którą mu podawał Maheu. Gdy chciał ciągnąć dalej, zagłuszyły go oklaski.
— Podziałało — szepnął do Stefana. — Już są nasi! Prędko legitymacje!
Znikł pod stołem i wynurzył się po chwali ze szkatułką w rękach.
— Towarzysze! — huknął, aż zadudniało i głos jego wybił się nad zgiełk. — Oto karty legitymacyjne członków Międzynarodówki! Niech przystąpią bliżej delegaci, wręczę im je dla rozdania... kwestię pieniężną załatwi się potem.
Rasseneur przyskoczył do stołu z protestem ponownym. Stefan rozgorączkowany chciał mówić. Powstał chaos. Levaque miotał w powietrze ciosy pięści, jakby się z kimś boksował. Maheu wstał i mówił, choć nie było słychać ani słowa. Tumult rósł ciągle, a z podłogi wstrząsanej uderzeniami nóg podniosła się kurzawa pyłu, pozostałość po odbywających się tu tańcach, przesycona potem przesuwaczek i górników. Nagle otwarły się boczne drzwi i ukazała się pani Désir, wypełniając otwór biustem swym i brzuchem. Potężnym głosem wrzasnęła:
— Milczeć! Milczeć, do stu tysięcy diabłów! Żandarmi przyszli!
Trochę za późno, zjawił się jednak komisarz okręgowy w celu spisania protokołu i rozwiązania zgromadzenia. Przywiózł ze sobą czterech żandarmów. Od pięciu już minut trzymała go pani Désir u drzwi, twierdząc, że ona tu ma jedynie coś do gadania, że zresztą chyba wolno jej przyjąć u siebie znajomych. Ale odepchnięto ją na bok, więc przybiegła ostrzec swe dzieci.
— Tędy, tędy — wołała — musicie uciekać! Jeden żandarm pilnuje podwórza, ale to nic, z drewutni drzwi wychodzą na uliczkę boczną. Prędko! Prędko!