Czarny Korsarz wraz z Morganem komenderowali z mostku. Oparci o reling, jeden obok drugiego, nie odrywali wzroku od dwóch jasnych latarni, które świeciły w ciemnościach nie dalej niż trzy mile od „Błyskawicy”.

Carmaux, Van Stiller i Moko zajęli pozycje na kasztelu dziobowym i rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami, spoglądając to na ścigany statek, to na Czarnego Korsarza.

— To będzie pechowa noc dla tamtych — mówił Carmaux. — Obawiam się, że w sercu kapitana jest tyle złości, że nie oszczędzi żadnego Hiszpana.

— Wydaje mi się, że tamten statek ma wyższe burty — odparł Van Stiller, oceniając odległość dzielącą światła pozycyjne od powierzchni wody. — Mam nadzieję, że nie jest to okręt wojenny płynący do portu, by przyłączyć się do floty admirała Toledo.

— A co mu tam! Czarny Korsarz się go nie boi. Żaden statek nie może dorównać „Błyskawicy”, a poza tym słyszałem coś o taranowaniu.

— Do stu piorunów! Jeśli do tego dojdzie, to prędzej czy później połamią „Błyskawicy” dziób.

— Jest twarda jak skała, mój drogi.

— Skały czasem też się kruszą.

— Cicho!

Głos Czarnego Korsarza przerwał panującą na pokładzie ciszę: