— Tyle tylko, że on sam z nami popłynie.
— To nic, Carmaux. Z nim nic nam nie grozi. Płyniemy prosto do Maracaibo?
— Tak, przyjacielu, jeśli wyprawa zakończy się sukcesem, to dobra nasza. Hej, kwatermistrzu, wrzuć do łodzi trzy muszkiety, trochę amunicji, parę kordelasów11 dla nas obu i coś na ząb. Nigdy nic nie wiadomo, co się może wydarzyć ani kiedy wrócimy.
— Już wszystko załadowane — odkrzyknął kwatermistrz. — Dołożyłem też tytoniu.
— Dziękuję ci, przyjacielu. Jesteś perłą wśród kwatermistrzów.
— A oto i on — powiedział w tej samej chwili Van Stiller.
Na mostku pojawił się Czarny Korsarz. Ubrany był w swój żałobny strój, do boku przypasał długą szpadę, a za pas włożył dwa duże pistolety i jeden z tych ostrych, hiszpańskich sztyletów zwanych mizerykordią12. Przez ramię przewiesił obszerną pelerynę, kruczoczarną jak reszta ubioru.
Zbliżył się do stojącego na mostku kapitańskim marynarza, najprawdopodobniej swojego zastępcy i zamienił z nim kilka słów. Chwilę później zwrócił się do obu korsarzy:
— W drogę!
— Jesteśmy gotowi — odpowiedział Carmaux.