Naraz, nieoczekiwanie, ogromna fala rozbiła się o burtę, aż echo poniosło się po ładowni. Wodna grzywa zbryzgała pianą okna saloniku, mocząc zasłony.
Pirat zerwał się na nogi blady jak ściana i spojrzał na dziewczynę. W jego czarnych jak smoła oczach widać było ogromne poruszenie. Podszedł do okna, otworzył je i wyjrzał na zewnątrz.
Morze było spokojne, jego powierzchnia lśniła w bladym świetle księżyca. Lekka bryza, która napinała żagle „Błyskawicy”, delikatnie marszczyła taflę wody.
Jednak o lewą burtę wciąż biła spieniona woda, jakby kotłowały się tam ogromne bałwany morskie, powstałe za przyczyną jakiejś tajemniczej siły lub niewytłumaczalnego zjawiska.
Czarny Korsarz znieruchomiał. Skrzyżował ręce na piersi i w ciszy obserwował morze, próbując płonącym spojrzeniem przeniknąć jego czeluści.
Księżniczka na palcach zbliżyła się do niego. Ona też była blada, podszyta irracjonalnym lękiem.
— Czemu tak się przyglądasz, panie? — zapytała słodkim głosem.
Czarny Korsarz nie poruszył się, jakby w ogóle jej nie słyszał.
— O czym myślisz? — ponowiła pytanie.
— Zastanawiałem się — odpowiedział smutno — czy pochowani w głębinach morza zmarli mogą opuścić mogiłę morskiej otchłani jako upiory?