W końcu zjednoczyli się w konfederację i zaczęli gnębić wroga, który poprzysiągł ścigać ich jak dzikie zwierzęta. Gdy jednak okazało się, że nie można ich pokonać w żaden sposób, Hiszpanie obmyślili nową strategię — rozpoczęli wielkie obławy na dziko żyjące byki, które wkrótce wybili co do jednego, w konsekwencji czego bukanierom rychło zajrzał głód w oczy.

Wtedy to obie pirackie frakcje zjednoczyły siły, powołując do życia Bractwo Wybrzeża, po czym powróciły wspólnie na Tortugę, już nie jako pokojowi osadnicy, lecz spragnieni zemsty korsarze.

Bukanierzy mieli wyjątkowo celne oko i niezawodną rękę, w związku z czym prawie nigdy nie chybiali celu. Dzięki tej zalecie znacznie wzmocnili siły bojowe swoich sprzymierzeńców. Od tej pory Tortuga rozkwitła i stała się najważniejszą siedzibą piratów, kryjówką awanturników wszelkiej maści i różnej proweniencji. Byli wśród nich między innymi Francuzi, Holendrzy, Anglicy i wielu innych. Lata swej świetności wyspa przeżywała pod rządami wysłanego na Karaiby przez Francuzów Beltranda z Oregonu.

Gdy Anglia i Francja wypowiedziały Hiszpanii kolejną wojnę, piraci ze zdwojoną siłą rozpoczęli zbójecką działalność; z desperacką odwagą atakowali i łupili każdy hiszpański okręt, który napotykali na swej drodze.

Początkowo używali do tego małych łodzi, w których ledwo się mieścili, ale z czasem ich flota znacznie się powiększyła o zrabowane Hiszpanom wspaniałe żaglowce.

Siła ognia artyleryjskiego była ich najsłabszym punktem, posiadali bowiem niewiele dział. Na tym polu jednak wielce przysłużyli im się bukanierzy, którzy niwelując braki w uzbrojeniu strzeleckimi umiejętnościami, zaledwie kilkoma salwami potrafili wybić do nogi niejedną hiszpańską załogę. W ich odwadze była nuta szaleństwa — z furią parli do abordażu, porywali się nawet na największe galeony. Nic nie mogło ich powstrzymać: ani kule, ani salwy muszkietowe, ani nawet najbardziej zacięty opór. Bili się zaciekle, gardząc niebezpieczeństwem i drwiąc sobie ze śmierci. Były z nich diabły wcielone. Za takie właśnie potwory rodem z piekła uważali ich też sami Hiszpanie.

Piraci nie znali litości i rzadko kiedy ustępowali pola wrogom. Brali tylko jeńców dobrego pochodzenia, za których mogli spodziewać się pokaźnego okupu, pozostałych wyrzucali do morza. Nie oszczędzali nikogo, wyrzynając całe załogi do ostatniego marynarza, czym odpłacali Hiszpanom pięknym za nadobne.

Piracka Brać miała swój kodeks honorowy i rządziła się prawami, których przestrzegano surowiej niż tych stanowionych w niejednym europejskim królestwie. Wszyscy byli wobec siebie równi, lecz przy podziale łupów tylko dowódcy przysługiwała większa część skarbów. Po ich sprzedaży wyznaczali premie dla najdzielniejszych piratów, nie zapominali też o rannych. Nagradzali między innymi tych, którzy jako pierwsi przeskakiwali na pokład nieprzyjaciela, lub tych, którym udało się zerwać nieprzyjacielską flagę. Dodatkowo opłacani byli także wywiadowcy, których zadaniem było obserwowanie posunięć wroga i dostarczanie informacji o liczebności jego floty.

Pirat, który w walce stracił prawe ramię, otrzymywał rekompensatę w wysokości sześciuset piastrów; lewe ramię warte było pięćset piastrów, utrata nogi — czterysta, a rannym wypłacano jednego piastra na dzień przez dwa miesiące.

Na pokładzie korsarskiego statku piraci musieli przestrzegać twardych zasad: kto uciekł z miejsca walki, karany był śmiercią, po ósmej wieczorem piratom nie wolno było pić wina ani gorzałki, ponadto zabronione były pojedynki, bijatyki, wszelkiego rodzaju gry; jeśli pirat przyprowadził na statek kobietę — nawet własną żonę — karany był śmiercią. Na bezludnych wyspach porzucano zdrajców i tych, którzy przywłaszczyli sobie nienależne im łupy, lecz rzadkie to były przypadki, bowiem piraci byli wyjątkowo honorowi.