Kolejni przybyli na wyspy piraci mieli mniej szczęścia od poprzedników; wielu z nich, jak Montabon, Michał Bask, Jonqué, Cichel, Brouage, Grogner, Howell Davis, Tusley Wilmet, kontynuowało korsarską tradycję zapoczątkowaną przez pierwszych bukanierów, łupiąc statki pływające po Morzu Karaibskim. Aż w końcu Tortuga podupadła, a wraz z nią cała Piracka Brać.

Niektórzy pożeglowali dalej na Bermudy, gdzie założyli kolonie, siejąc przez kilka kolejnych lat postrach na Wielkich i Małych Antylach. Niebawem jednak nadszedł kres ich panowania i zuchwała korsarska brać raz na zawsze odeszła w zapomnienie.

Rozdział XVI. Na Tortudze

Gdy „Błyskawica” rzucała kotwicę w bezpiecznej zatoczce, którą od pełnego morza odcinał wąski kanał osłaniający port przed niespodziewanym atakiem Hiszpanów, piraci na Tortudze ucztowali w najlepsze. Ostatnimi czasy, podczas wypraw na San Domingo i Kubę, liczna ta gromada, pod dowództwem Franciszka l’Olonnais i Michała Baska, obłowiła się co niemiara.

Groźni na co dzień zbójcy bawili się teraz wesoło w namiotach rozstawionych w cieniu palmowych drzew i tańcowali na grobli i na plaży, marnotrawiąc przypadłe im w udziale łupy z rozrzutnością godną największych krezusów84.

Na czas morskich wypraw przeistaczali się w najdziksze bestie, ale na lądzie byli najweselszymi kompanami na Karaibach i — o dziwo! — także najlepiej wychowanymi dżentelmenami, albowiem piraci nie odmawiali zaproszenia na korsarskie uczty nawet jeńcom. Łudzili się przy tym, że dobrze traktowani więźniowie wpłyną na swoje rodziny, by te zapłaciły za nich sowity okup. Na biesiadach nie brakowało też jeńców płci żeńskiej, w stosunku do których piraci odnosili się zawsze z największą uprzejmością; dwoili się i troili, siląc się na grzeczności, by damy zapomniały o przykrej doli, jaka za ich sprawą przypadła im w udziale. W istocie przykry był los więźnia, zwłaszcza gdy nikt nie kwapił się do wpłacenia wykupnego, które wyznaczyli za niego piraci; w takich przypadkach uciekali się oni do okrutnych metod i czasem wysyłali hiszpańskim namiestnikom głowę jakiegoś nieboraka, by ponaglić ich do pokrycia żądanej sumy.

„Błyskawica” rzuciła kotwicę. Zebrani na plaży piraci przerwali na chwilę tańce i gry, by gromkim „niech żyje!” powitać powrót Czarnego Korsarza, który wśród nich był popularny niemal tak samo jak Franciszek l’Olonnais.

Dotychczas nie dotarła tu wieść o śmiałej wyprawie do Maracaibo i wyrwaniu ciała Czerwonego Korsarza z łap gubernatora. Być może ten i ów, znając odwagę kapitana „Błyskawicy”, łudził się jeszcze, że obaj wrócą na Tortugę cali i zdrowi.

Tymczasem opuszczona do połowy masztu piracka bandera nie pozostawiała złudzeń — na statku panowała żałoba. Wszelkie śpiewy, rozmowy i śmiech ucichły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zaniepokojeni piraci w milczeniu zebrali się na grobli, by usłyszeć wieści o wyprawie dwóch korsarzy. Czarny Korsarz obserwował z mostku piracką biesiadę. Przywołał Morgana, który opuszczał właśnie łodzie na wodę. Wskazał na piratów zebranych na brzegu i rzekł:

— Idź i powiedz im, że Czerwony Korsarz miał godny pochówek w wodach Wielkiej Zatoki i że jego brat powrócił, by obmyślić zemstę, która....