— Ty?

— A gdybym to był ja? — zapytał Czarny Korsarz, zaglądając jej w oczy.

Młoda dama przez chwilę milczała, po czym odpowiedziała wzruszona:

— Zaskakuje mnie ta szlachetność i wielkoduszność, o którą nigdy bym nie podejrzewała piratów z Tortugi, lecz nie dziwię się już więcej, jeśli stało się to za sprawą tego, który nazywa się Czarnym Korsarzem.

— Dlaczego, pani?

— Różnisz się od pozostałych. Przez te kilka dni na statku dostrzegłam i doceniłam odpowiednio uprzejmość, szlachetność i odwagę pana z Roccanery, na Ventimiglia i Valpencie. Powiedz mi, proszę, jaka kwota została wyznaczona za mój okup.

— Tak cię niepokoi teraz twój okup? Czyżbyś chciała jak najszybciej opuścić Tortugę?

— Wręcz przeciwnie. Możliwe, że kiedy przyjdzie mi stąd odpłynąć, będzie mi żal bardziej, niż ci się wydaje. I wierz mi, że zachowam w sercu wdzięczność dla Czarnego Korsarza, a nawet może nigdy o nim nie zapomnę.

— Pani! — krzyknął Czarny Korsarz, a oczy mu rozbłysły.

Uczynił krok w jej kierunku, ale zatrzymał się od razu i powiedział smutno: