Położony na skraju dżungli, ledwie pół mili od cytadeli, został wybudowany w urokliwym i spokojnym zakątku wyspy, wśród szpaleru palm, których cień przyjemnie chłodził w skwarze dnia.
Pirat wprowadził Czarnego Korsarza do pomieszczenia na parterze, którego okna osłonięte były matami wyplecionymi z nipy88 i wskazał mu bambusowy fotel. Jednemu ze swych sług kazał przynieść kilka butelek hiszpańskiego wina, pochodzących z pewnością z któregoś ze zrabowanych statków, po czym odkorkował jedną z nich i napełnił dwa kielichy.
— Kapitanie, zdrowie twoje i twej damy — wzniósł toast.
— Lepiej wypijmy za powodzenie naszej wyprawy, przyjacielu — odparł na to Czarny Korsarz.
— Na pewno się powiedzie. Zobaczysz, przyprowadzę do ciebie zabójcę obu twoich braci.
— Trzech, Piotrze.
— Jak to? — zdumiał się pirat. — Wiem tyle, co i inni, czyli tyle, że Van Gould zabił Czerwonego i Zielonego Korsarza. Nic mi nie wiadomo o trzecim.
— Zgadza się, trzech — powiedział martwym głosem.
— Niech mnie piorun trzaśnie! I ta gadzina wciąż żyje?
— Już niedługo.